Ile zarabia architekt? 600zł. Nie, to nie żarty.

Często słyszę, że „mam szczęście/łatwo/etc.” bo „jestem architektem”. W oczach wielu ludzi to świetny i poważany zawód. Twierdzą tak chyba wszyscy poza… samymi architektami. Dziś chciałabym pokazać Wam drogę, jaką przeszłam jako architekt. Tak, praca architekta naprawdę warta jest 600 zł. Wiem, bo za tyle pracowałam…

Moja pierwsza oficjalna praca jako architekt była formą stażu w jednym z większych szczecińskich biur. Zarabiałam wówczas dokładnie 600 zł i pracowałam na 2/3 etatu. Cieszyłam się z tej pensji jak dziecko. Faktycznie „miałam szczęście” – 2007 rok był rekordowym pod względem emigracji młodych ludzi – również architektów. Otrzymywałam wynagrodzenie tylko dlatego, że potrzebowano rąk do pracy. Niepłacenie studentom za staż nie jest przecież niczym nietypowym. A mi płacono wówczas całe 600 zł!

Gdy skończyłam studia i obroniłam dyplom w 2009 roku Europa pogrążona była w głębokim kryzysie finansowym. Dotknął on przede wszystkim branżę budowlaną. Udało mi się wtedy, jako jednej z nielicznych, którzy kończyli architekturę, znaleźć pracę w malutkim biurze, które zajmowało się również projektami wnętrz. W pierwszych dwóch miesiącach pracy było bardzo mało i otrzymałam za nie… również po 600 . Do tego „na czarno”.

Później pracowałam już legalnie, choć też nie do końca „fair” – na „śmieciową” umowę za całe 1200 zł, czyli za pensję minimalną. W kolejnej pracy – cudem zdobytej z prawdziwą umową o pracę – zażądałam wynagrodzenia rzędu 1500 zł. Pamiętam do dziś jak odmarzały mi ręce na budowie, gdy musiałam sama mierzyć cały wielki budynek… Pamiętam, jak momentami przeklinałam tą pracę.

Ale nie mam pretensji do pracodawców

Nie winię ich za to, że nie byli w stanie zatrudniać ludzi na umowę o pracę. Jeśli możesz na czyjąś pracę przeznaczyć maksymalnie 600 zł, bo zwyczajnie nie masz pieniędzy – jak niby masz kogoś zatrudnić na umowę, gdy w kraju mamy 2 krotnie wyższą pensję minimalną? Czy lepiej byłoby dla mnie wtedy, gdybym w ogóle nie znalazła żadnej pracy? Oczywiście, że nie!

Pracowałam za takie, a nie inne kwoty, bo tyle warta była wówczas praca architekta po studiach z minimalnym doświadczeniem. Gdybym żądała wtedy 2000 zł nigdy nie znalazłabym pracy… Dziś często słyszę, że i to jest „głodowa” pensja…

Nie tylko nie winię ani jednego z moich pracodawców, nawet tych, którzy nie płacili mi na czas – ja jestem im niezmiernie wdzięczna. Gdyby nie oni, nie leżałabym teraz na gorącym złotym piasku i nie cieszyła się karaibskim słońcem. Nie zbudowałabym swojego życia marzeń.

Gdyby nie te wszystkie „marnie płatne” jak to nazywają inni prace – dziś nie miałabym szerokiego doświadczenia, pozwalającego mi zarabiać dużo więcej. Gdyby nie pracodawcy, którzy nie płacili na czas czy oszukiwali – dziś nie potrafiłabym egzekwować swoich praw i działać szybko, gdy ktoś „kombinuje” z zapłatą za moją pracę. Wszystkie te doświadczenia, zarówno pozytywne jak i negatywne pozwoliły mi zbudować silną pozycję w branży.

Rozwój

Moja trzecia praca w biurze była bardzo wymagająca i momentami naprawdę ciężka, bo polegała również na bieganiu po budowie i podejmowaniu bardzo odpowiedzialnych decyzji. Ale nauczyłam się dzięki niej tak wiele, że w kolejnej pracy mogłam zażądać już 2000 zł. W kolejnej – 2500 zł. A w kolejnej – 3500 zł, w postaci 900 Euro.

Moja pierwsza praca w Berlinie – również nie na prawdziwą umowę o pracę była nie do pomyślenia dla każdego młodego architekta, którego tam poznałam. Pracować za 900 Euro? Toż to szaleństwo! Oni nie wstaną z łóżka za mniej niż 2 tysiące Euro! To im się po prostu należy!

No cóż, tak bardzo im się „należało„, że przez całe 2 lata, kiedy zmieniałam prace na coraz lepsze oni nadal nie mogli znaleźć żadnej i żyli z pensji rodziców lub partnerów. Ja za owe 900 Euro żyłam bez większych wyrzeczeń. To było całe 3,5 tysiąca złotych!

W owej pracy szybko dostałam podwyżkę i zarabiałam „zawrotne” dla mnie wtedy 1500 Euro. Chwilę potem pojawiły się jednak problemy finansowe i firma nie chciała mi zapłacić na czas. Nie myślałam długo – nauczona doświadczeniem z polskich biur, które również często nie płacą na czas – szybko spakowałam manatki i poszłam szukać innej pracy. I znalazłam ją – otrzymując wynagrodzenie aż 2,5 tysiąca Euro.

To były dla mnie gigantyczne kwoty, pozwalające nie tylko na sielskie życie, ale również oszczędzanie prawie połowy zarobków. Mimo to ciągle słyszałam, że „powinnam” zarabiać więcej. Że „się należy”… Od tych samych osób, które nadal nie miały żadnej pracy ani doświadczenia

Ostatecznie pod koniec mojej „kariery” w Berlinie zarabiałam ponad 3 tysiące Euro. Mogłam sobie pozwolić na naprawdę luksusowe życie. I właśnie wtedy zadecydowałam, że…

Rzucę to wszystko i wyjadę na Karaiby, gdzie będę pracować za dużo mniej

Ostatecznie tak się jednak nie stało. Na Karaibach zaproponowano mi aż trzy posady architekta, dużo wyższą kwotę wynagrodzenia i to, co dla mnie najważniejsze – wolność. W końcu mogłam założyć własną firmę i sama decydować o czasie pracy i ilości wakacji.

Dziś zarabiam kwoty, które pozwalają mi pracować prawie o połowę mniej niż kiedyś. Mimo to nadal czasem słyszę od innych architektów, że „należy mi się” więcej… Tych architektów, którzy dziś dopiero zaczynają swoją karierę i nie mają żadnego doświadczenia, bo przez lata nie godzili się na pracę za „marne grosze”.

Doświadczenie jest inwestycją, która zwraca się dopiero po wielu latach. Podczas studiów i w początkach mojej kariery „harowałam” po 12 godzin na dobę – dokładnie od 8:00 do 20:00 oraz w każdą sobotę, by zarobić dodatkowe pieniądze. Pracowałam jako nauczycielka, wykonywałam małe projekty za minimalne stawki, łapałam się wszystkiego, co mogło przynieść mi jakiś dochód. Bo wiedziałam, że jako architekt nie zarobię wiele, a być może nawet i nic na samym początku. Zarobione wówczas 600 zł znaczyło dla mnie bardzo wiele.

I właśnie dlatego dziś jestem tu, gdzie jestem, a moi starzy znajomi z branży nadal „stoją w miejscu” i zarabiają dużo mniej ode mnie. Ja inwestowałam swój czas i energię w rozwój, oni przez lata nie robili nic i twierdzili, że „im się należy„…

Oczywiście, że sukces nie polega tylko na ciężkiej pracy i nie rodzimy się równi. Nie mamy też do końca równych szans. Faktycznie „miałam szczęście” – urodziłam się w szczęśliwej i kochającej rodzinie, która zawsze mnie wspierała, spotkałam w moim życiu wielu ludzi, którzy mi pomogli lub od których wiele się nauczyłam, trafiłam z moją pierwszą pracą na moment „niedoboru” architektów w Polsce, itd.

Ale czy byłabym tu, gdzie jestem, gdybym tych wszystkich „darów losu” nie wykorzystała? Gdybym gardziła pensją równą 600 zł? Gdybym domagała się 2000 zł, bo „mi się należało„?…

Nie mamy większego wpływu na sytuację dookoła nas. Nie wybieramy sobie kraju, w którym się rodzimy, ani bliskich. Trafiamy w życiu na różnych ludzi. Mamy różne możliwości. Ale szczęście, czyli los jest tylko jedną składową w naszym sukcesie. Dużo mniej ważną, niż nasz system – to, co robimy z tym wszystkim co nam życie daje każdego dnia. To, jak działamy.

Jestem dziś tu, gdzie jestem, bo starałam się w życiu wykorzystać wszystko, co mi ono dało. Zamieniałam w cenne lekcje zarówno te pozytywne jak i negatywne doświadczenia. Bo bałam się popełniać błędy, ale wiedziałam, że muszę je popełnić. Bo wybrałam bolesny rozwój i wolność, a nie wygodną stagnację i postawę roszczeniową…

.


Uważasz powyższy artykuł za wartościowy i chcesz widzieć na blogu więcej podobnych treści? Od teraz możesz „głosować” pod każdym tekstem symboliczną złotówką, klikając w świnkę obok.

Zebrane środki pomogą rozwinąć kanał YouTube i stworzyć cykl filmów pokazujących życie na Karaibach

Dołącz do naszej facebookowej grupy „Życie Pod Palmami” by śledzić bloga oraz poznać się i porozmawiać ze mną i z innymi czytelnikami.


O MNIE

Mam na imię Katarzyna, jestem architektem i od kilku lat mieszkam na Karaibach. O tym jak i dlaczego zmieniłam swoje życie dowiesz się ze strony „O MNIE” oraz z e-booka:

32 myśli nt. „Ile zarabia architekt? 600zł. Nie, to nie żarty.”

  1. Ja mogę chyba tylko skomentować, że punkt widzenia zależy od punktu siedzenia…

    „doświadczenie jest inwestycja , która się zwraca po wielu latach”.

    Otóż nie, niekoniecznie tak się dzieje, w każdym razie nie w Polsce.

    Są też jeszcze ludzie, którzy są zmuszeni niejako zmienić zawód, przekwalifikować się a nie są już tacy młodzi.
    No i w końcu standardem powinna być możliwość życia normalnego ( bo ja nie piszę o luksusach) we własnym kraju.
    Zauważam , że duża część osób, która uważa, że wszystko zależy od nas, „dorabiała” się nie w kraju tylko za granicą.

    Ale rozumiem, że piszesz z perspektywy młodej osoby, mającej większe perspektywy na rynku pracy w obecnej rzeczywistości, a to zupełnie inne spojrzenie.

    Generalnie to jest jeszcze tak, że osoby , którym się powiodło, są skłonne całą przyczynowość składać w swojej osobie, natomiast osoby, którym się mniej udało w życiu biorą pod uwagę niesprzyjające okoliczności.

    Polubienie

    1. Doświadczenie wymaga nauki, a nie samego siedzenia w pracy. Czy są osoby które mają po 60 lat i zero wartościowego doświadczenia? Tak. Ale są same sobie winne. Jeśli ktoś chce się uczyć – nauczy się cennych rzeczy nawet w fabryce. Milionerzy, których obserwuję zaczynali od pracy typu „McDonalds”. Prawdziwa edukacja to nasze życie, ale trzeba też być na nią otwartym. Ciekawym świata i nawet najprostszych rzeczy. Od każdego człowieka – tak, nawet przewracającego kotlety w McDo można się czegoś wartościowego nauczyć.

      Polubienie

  2. Moją pierwszą pracę jako asystent architekta znalazłem w ogłoszeniu w necie… w trakcie kryzysu. Ze Szczecina pofatygowałem się do Kołobrzegu za 1500 przez kilkanaście miesięcy. Dziwnych manewrów na czarno uniknąłem zakładając DG z dotacją, wystawiając faktury i łapiąc się na mały ZUS. Po 1,5 roku miałem skromne 3500 brutto. Byłem pierwszym asystentem w biurze i poznałem na rotacji 8 kolejnych. Brałem na siebie najwięcej projektów i problemów bo wiedziałem, że im trudniejsze tym większą wiedzę posiądę i szybciej zrobię uprawnienia, a tylko na tym mi zależało – na niezależności. Po 4,5 roku pracy zrobiłem papiery i przedstawiłem pracodawcy ofertę dalszej współpracy (zwłaszcza że więcej zarabiałem po godzinach) na którą nie przystał. 2 lata po odejściu pracowałem w mieszkaniu. Od roku mam własne biuro w centrum mojego miasta i nawet się reklamować nie muszę – wszystko idzie z polecenia. A mój dawny pracodawca? Kompletny anty-przykład architekta w tym i faceta (drugi rozwód, zamieszkał w biurze, komornik na głowie a jego oszukani inwestorzy trafiają do mnie). W porę się ewakuowałem. Dziś nikt mi nie mówi co i jak mam robić. Sam decyduję o swoim czasie oraz zleceniach jakie przyjmuję. Zatem… chcieć to móc. Pozdrawiam

    Polubienie

  3. Pieknie opisujesz swoj start wymarzone zycie. Ty opisujesz pierwsza dekade nowego stulecia, ja czytajac to mam wrazenie,ze to koniec lat 70-tych kiedy my konczylismy studia i nasze pierwsze pensje jako inzynierowie ( ja i moi znajomi ze studiow) po przeliczeniu na $ wynosily 17-20$. Ci ktorzy wtedy mieli takie podejscie jak Ty, odwazli sie wyjechac, dzis tez zyja swoim wymarzonym zyciem. My i kilkoro naszych znajomych ze studiow zyjemy na Florydzie, niektorzy w Australli,Nowej Zelandii, a na Karaiby jezdzimy odpoczac po spokojnym codziennym zyciu. Tych ktorzy zostali w kraju nawet juz nie pytamy ile zarabiaja, bo przykro sluchac za ile musza zyc i jaka czeka ich emerytura. Powodzenia dla Ciebie i ciesz sie zyciem bo nie tylko praca sie zyje.

    Polubienie

  4. Cześć, muszę przyznać że poza kilkoma detalami to jakbym czytał znajomy wpis… o sobie. Ja na początku nie miałem tyle szczęścia… pracowałem jako pomoc w restauracji..nazwijmy to tak :), potem asystent managera, potem lakiernik, aerografista, spawacz, odlewnik…. można by wymieniać długo. Swoją pierwszą pracę dostałem za niebotyczne pieniądze 1800zł..staż..hmm, nie miałem czegoś takiego. Potem przyszedł kryzys i do widzenia. W tym czasie zacząłem wykładać na uczelni i prowadzić szkolenia indywidualnie. Potem nastąpił zwrot i pracowałem w biurze wnętrzarskim, gdzie poznałem naprawdę świetnych ludzi z branży z którymi nadal utrzymuję kontakty. Potem jakieś kolejne biura. W pewnym momencie moja żona zaszła w ciążę, gdy było już blisko poprosiłem szefa aby mnie zwolnił!! I założyłem własną firmę. Postanowiłem że będę robił wszystko aby było jak najlepiej i może się uda. Obecnie nie żałuję decyzji. O zarobkach nie będę się wypowiadał, ale powiem tak, warto pracować na swoim. Robię to co kocham, pracuję dla firm o których kiedyś mogłem tylko marzyć. Kiedyś w projektach stosowałem ich produkty, obecnie sam je projektuje. Czym się dokładnie zajmuję? Hmm, sam nie wiem jak to określić…tworzeniem 🙂 Jestem po architekturze, obroniony w 2008 roku w Gliwicach. Mam kochającą rodzinę, ukochane konie, swobodę w wyborze klientów z którymi pracuję i święty spokój od jakiegokolwiek szefa 🙂

    Twój wpis pokazuje że marzenia są po to by do nich dążyć. Mi również na początku mówiono ile to ja nie powinienem zarabiać. Obecnie też słysze takie uwagi „ty to w rok na dom zarobisz”.. a kogo to powinno obchodzić? Mnie 🙂 i nikogo więcej.
    Jednak jakbym się na głeboką wodę kilkukrotnie nie rzucił to również nie byłbym tu gdzie jestem, w takim etapie rozwoju, którego pozazdroszczą mi moi studenci.
    Do stanów chciałem wyjechać, jednak biały orzełek dalej mnie tu trzyma. Wczoraj jednak żona wpadła na pomysł że trzeba by się za wielką wodę wybrać 🙂

    Polubienie

  5. Bardzo mi się spodobał Twój tekst. Ja zaczynałam od 400zł (2000rok) oczywiście utrzymać się z tego nie dało, ale doświadczenie zdobywałam. Postawiłam na zrobienie stażu i uprawnień i to mi się udało. Może i miałam na koncie „mniej niż zero”;), ale zdobyłam uprawnienia do projektowania. Potem szybko poszłam na swoje, o pracę było ciężko wiec postanowiłam sama się zatrudnić i tak jest do dzisiaj. Zostałam w Polsce, i na razie nie planuje stąd wyjeżdżać. Mam zlecenia, rozwijam się cały czas i robię to co kocham. Projektowanie samo w sobie daje ogromną satysfakcję, a jeśli jeszcze da się na tym zarobić to życie robi się jeszcze piękniejsze.
    I potwierdzam Twoje słowa, gdybym czekała na pracę za kilka tysięcy to być może w ogóle musiałabym zrezygnować z zawodu.
    Łatwo nie było, ale było warto.
    Życzę Ci dalszych sukcesów zawodowych i nie tylko.
    Serdecznie pozdrawiam
    Ell

    Polubienie

    1. Nie ma problemu, żeby pracować bez uprawnień. Nie ma problemu, żeby pracować bez dyplomu. Nie ma też najmniejszegi problemu, by pracować bez studiów czy nawet matury. To nie jest absolutnie do niczego potrzebne. Przynajmniej mi nigdy nie było.

      Polubienie

        1. Nigdy, powtarzam, nigdy ani razu nie spytano mnie nawet o dyplom, ani maturę. Podpisy kosztują grosze. Dobry architekt to menadżer, który potrafi się zorganizować, a nie człowiek z papierkiem. W tym zawodzie nikogo nie obchodzą papierki, najważniejszą rzeczą jest doświadczenie.

          Polubienie

          1. Oczywiście- tak jest przynajmniej u nas w Polsce. Biura zrzeszają projektantów ktorzy sa w trakcie robienia uprawnień i przeważnie ktoś im projekty podpisuje. Oznacza to, że osoba podpisująca projekt bierze na siebie odpowiedzialność za różne ewentualności. No i jest jak mowisz- trzeba być dobrym menadżerem, mieć zlecenia. W sumie tak to się kręci ☺

            Polubienie

  6. Witam,

    Czytam Twojego bloga, jak i inne, szukam, poszukuje… Twój zawód jest o tyle fajną profesją, że decydując się na wyspę z j.fr. pozostała Tobie nauka tego języka. Jako prawnik mam nieco inaczej. Póki co szczęście w nieszczęsciu mi sprzyja gdyż natknełam się na ogłoszenie lektorki kanadyjskiej, a to może znacznie zmienić , przyspieszyć…

    LA

    Polubienie

    1. Zawód można zmienić. Pisałam o tym w jednym artykule, całkiem niedawno. Takim osobom jak prawnicy bardzo trudno mentalnie się z tym pogodzić. Ale ja, mimo że pracuję w swojej branży pracuję dziś zupełnie inaczej. Patrząc z boku można by uznać, że się „cofnęłam” bo nie robię wielkich ambitnych i odpowedzialnych projektów. Ale to tylko złudzienie. Można zmienić prawo na uczenie dzieci czy kelnerstwo i rozwinąć się dużo bardziej. Wszystko jest kwestią naszego podejścia – pozwolenia sobie na bycie nowicjuszem. Tylko wtedy się uczymy.

      Polubienie

  7. Podoba mi się Twoja postawa i nastawienie do życia. Jesteś pozytywna i odważna. Nie utyskujesz, nie kwękasz i masz wyczuwalną w Twoich tekstach radość życia. Chętnie bym się tym od Ciebie zaraziła, bo brakuje mi tej radości bardzo, a i odwagi też nie mam zbyt wiele. Ten artykuł potraktuję jak inspirację. Powodzenia.

    Polubienie

  8. Trochę źle sformułowany tytuł. Architekci nie zarabiają 600 zł, a staż to trochę co innego niż umowa o pracę. Ja na swoim stażu nic nie dostawałam. No i bardzo fajnie jeżeli pensja – jak to się dzieje w Twoim przypadku- wzrasta wraz ze wzrostem doświadczenia w branży. Niestety tak się nie dzieje w wielu branżach. Ja na początku dostałam 1100 zł brutto a musiałam dojeżdżać 64 km samochodem. Łatwo obliczyć, że pokrywają jedynie koszty dojazdu (dobrze, że również mam kochająca rodzinę i nie musiałam płacić rachunków za dom). Po 13 latach moja pensja wzrosła do 2700 brutto – również mam odpowiedzialność w tym materialną do kilkunastu pensji. Więc chyba jednak architekci nie mają aż tak źle. Każdy ma inne warunki zyciowe- trudno się godzic na pracę za 600 zl jeżeli trzeba się np. utrzymać w obcym mieście- więc nie myśmy stażu z docelowa pensja. Oczywiście zgadzam się, że od razu Warszawy nie zbudowali .

    Polubienie

    1. To prawda, ale tak jak pisałam – można narzekać, ja też mogę narzekać że się urodziłam w Polsce, a w Niemczech bym na start dostała 600 Euro a nie 600 zł. Ale można też zobaczyć drugą stronę medalu – Polska to jeden z najbogatszych państw na świecie, niektórzy zarabiają po 6 złotych dziennie. I wykorzystać szanse jakie się ma. Mnie pensja też długo nie wystarczała na utrzymanie, dlatego pracowałam – jak też napisałam – po 12 godzin dziennie + soboty. Kilka lat takiej harówki nie było łatwe. Standardem było to, że chodziłam głodna, bo nie miałam nawet czasu zjeść obiadu w ciągu tygodnia. Często „podjadałam” u rodziców 😀

      Nie każdy będzie awansował w swojej pracy – bo awans polega na rozwoju, nie na samej pracy. Jeśli się nie rozwijasz – jak niby Twoja wartość na rynku pracy ma rosnąć? Ja podejmowałam się zawsze ryzyka – tzn. brałam na siebie nowe projekty, na których się nie znałam, by się uczyć. Dzięki temu rozbudowałam różnorodne portfolio. Pisałam o tym w innym artykule.

      Praca, nawet na umowę, nikomu nie gwarantuje podwyżek, tak samo jak studia nie gwarantują pracy. To my, nie inni jesteśmy odpowiedzialni za nasz rozwój i nasze życie.

      Polubienie

      1. Zgadzam się, że sami jesteśmy odpowiedzialni i że nie ma co usiąść i płakać jednakże myślę, że niestety każdy od życia dostał inne narzędzia. Super, że Tobie się udało jednak życie jest wieloplaszcyznowe. To co dobre dla innych nie zawsze jest dobre dla mnie itd. To co wypaliło w moim przypadku nie oznacza, że wypali w przypadku kogoś i innego. W tym roku chcą architektów a może w przyszłym będzie popyt na kucharzy.
        Niestety nie w każdym miejscu i nie w kazdej branży rozwój idzie w parze awansem totez nie oceniam ludzi przez ten pryzmat, ze skoro nie awansuje to znaczy, że sie nie rozwijasz. Ja się rozwijam, ponosze duże ryzyko biorę a raczej dostaje z automatu różne projekty i nie awansuje. Taka branża ☺ nie ma co się rozpisywać ☺ Kwestia się też komplikuje dla kobiet, które zdecydowały się na macierzyństwo. Nie ma lekko- byle do przodu. Po prostu różnie w życiu bywa, różnie się plecie- czasem chcemy a się nie da, bo jednak nie wszystko w życiu zależne jest od nas. Czasem różne rzeczy się po prostu dzieją a my w środku tego wszystkiego musimy podejmować nasze mniejsze lub większe decyzje …

        Polubienie

        1. Myślę że mamy różne pojęcia awansu. Pewnie myślisz tylko o pozycji i pieniądzach. Dla mnie awans to zbliżenie się do swoich marzeń. Mogłabym dziś harować w Berlinie za dużo wyższe kwoty, niż zarabiam, ale to nie było moim marzeniem. Moim marzeniem było spokojne piękne życie. Założenie własnej firmy i wolność – to był dla mnie „Awans” 😀

          Polubienie

  9. Po przeczytaniu Twojej historii, rozumiem dlaczego trafiłam na Twój blog i od razu przyciągnął moja uwagę. Z wielka przyjemnością czytam wpisy, bo masz niesamowicie lekka rękę w pisaniu. Mamy podobne podejście do życia. Jestem sporo i to sporo starsza od Ciebie Katarzyno. Moje lata studiów przypadały w okresie stanu wojennego. Jednak nie przeszkadzało mi to w myśleniu o dobrym, wolnym życiu. Pierwsza pensja po studiach wystarczyła na tydzień. To zmusiło mnie do poszukiwania przeróżnych prac, żeby przeżyć. Dzięki temu zdobywałam doświadczenie zawodowe. I gdy w mojej ostatniej pracy usłyszałam, ze firma plajtuje od razu miałam własny plan na życie, założenie swojej. Prowadziłam ją przez 26 lat. Ponieważ 4 lata temu, mój mąż wylosował zielona kartę, musiałam zweryfikować swoje plany zawodowe. Trochę też z ciekawości jak się żyje w kraju tak odmiennym od Polski. Zamknęłam firmę i z całą rodzina przeprowadziliśmy sie na Florydę. Nie mając rodziny ani żadnych znajomych. W wieku 52 lat porzuciłam polską strefę komfortu i buduje nowy rozdział. Tak to nie okoliczności budują nas, to my poprzez swoje marzenia i wybory budujemy własne życie. Pozdrawiam serdecznie Jola

    Polubienie

        1. No właśnie co tam jest? Bo oprócz parków, o których słyszałam już dużo jakoś nic mnie tam za bardzo nie interesuje – może kwestia krajobrazu, lubię góry 😀 Opowiedz, może w końcu ruszę tyłek i zacznę planować ten trip.

          Polubienie

          1. Gor niestety nie ma.Plaze masz u siebie rownie piekne. A to kilka przykladow tego co mozna zobaczyc na Florydzie:everglades, art deco district miami, key west,daytona 500 i daytona beach, st augustine (najstarsze miasto),
            manatee viewing center apollo beach or crystal river.

            Polubienie

Skomentuj:

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s