Czy szkoła powinna być obowiązkowa?

Przez wszystkie lata edukacji zadawałam sobie nieprzerwanie dwa pytania: „Ile interesujących rzeczy mogłabym zrobić, gdybym nie musiała tu siedzieć i tego słuchać?” oraz „Co tu robią te dzieciaki, skoro nie chcą się uczyć?”

Pierwsze pytanie miało tysiące fascynujących odpowiedzi, na drugie odpowiedź znalazłam dopiero później, gdy zrozumiałam pojęcie edukacji państwowej i państwa opiekuńczego.

Nadal żyjemy w komunizmie. Czas zdjąć klapki z oczu. To, że nazywa się to w mediach „podłym” kapitalizmem nic nie zmienia. To, że jest to łagodna forma komunizmu również. To dalej jest komunizm. Zmienił się tylko jego charakter. Zostaliśmy podle oszukani.

Jednym z objawów tego systemu jest właśnie państwowa edukacja. Edukacja, w której nie masz wyboru. Nie możesz wybrać sobie czego będziesz się uczyć. Nie możesz nawet wybrać tego, czy będziesz się uczyć.

Ktoś powie: „Ale zaraz zaraz, mamy przecież szkoły prywatne, można wybrać profile, a dobre oceny dają szansę na dobre studia. Ale to tylko przykrywka faktu, że edukacja w Polsce jest odgórnie ustalana przez ministerstwo. Czy w szkole prywatnej program nauczania różni się od tego w publicznej? Czy studia faktycznie przygotowują do zawodu? No właśnie…

Gdybyśmy faktycznie mieli kapitalizm, czyli prawdziwy wolny rynek, coś takiego nie miałoby prawa mieć miejsca. Kiepscy nauczyciele traciliby pracę (i szli wykonywać jakiś inny zawód, skoro do tego się nie nadają), kiepskie szkoły by plajtowały. Ale co najważniejsze – rodzice mogliby decydować, czy i do jakiej szkoły poślą swoje dziecko. A dziecko mogłoby decydować, czego chce się uczyć.

Możliwość nauki jest darem.
Zdolność uczenia się jest umiejętnością.
Ale gotowość do nauki jest wyborem.”

Brian Herbert

Gdy byłam młoda uwielbiałam chodzić do szkoły. Jako ekstrawertyczka czerpałam energię z samego faktu przebywania z równieśnikami. Czasem podczas wakacji z utęsknieniem czekałam na wrzesień. Lubiłam się uczyć, ale oczywiście tylko tego, co mnie akurat interesowało.

Większość dzieciaków podchodziła do szkoły raczej neutralnie. Uczyły się, bo musiały. Inne z trudem nadążały za klasą, a jeszcze inne – zwykle w ilości kilku osób – w ogóle nie potrafiły się skupić, ani niczego nauczyć. Takie osoby były siłą ciągane z klasy do klasy. I to mnie zawsze tak dziwiło. Bo skoro oni nie chcą się uczyć, to dlaczego ich do tego zmuszać?

Zaraz odezwą się głosy typu: „Ale każde dziecko powinno mieć dostęp do edukacji!”. I ja się zgadzam – dostęp. Ale nie mus. Nie, nie każde dziecko powinno być zmuszane, by się uczyć. Ba, żadne dziecko nie powinno być do tego zmuszane.

Mnie i wiele innych osób nie trzeba było zmuszać do nauki. Gdyby szkoła była prywatna, z ciekawymi lekcjami i faktycznie przygotowywała do życia dorosłego – nie trzeba by było zmuszać też 80% neutralnie podchodzących do nauki dzieciaków.

A te 10-20%, które nie chce się uczyć? Może poszło by pracować w  miejscu, gdzie nie wymaga się większej edukacji. Może sprzedawałoby lemoniadę na ulicach. A może zwyczajnie grałoby w piłkę, albo uprawiało inny sport i zostało kiedyś profesjonalnym sportowcem.

Edukacja nie jest żadnym prawem

Edukacja jest możliwością. Możesz się uczyć, ale nie musisz. Czy jeśli ktoś chce w wieku 12 lat popracować zamiatając ulicę, albo „na kasie”, odłożyć pieniądze, a potem spełniać swoje marzenia w wieku lat 18, to dlaczego nie miałby tego zrobić? Dlaczego zabieramy mu tą możliwość?

„Każdy z nas jest geniuszem. Ale jeśli ocenisz rybę na podstawie jej zdolności do wspinania się na drzewo, to zawsze będzie przekonana, że jest idiotą”.

Albert Einstein

Szkolnictwo publiczne właśnie tak wygląda. Wszystkich ocenia się na podstawie jednego kryterium. Tym, co sobie radzą z programem wmawia się, że są mądrzy i wyjątkowi. Tym, którzy dają radę – że są przeciętni i powinni się bardziej starać. A tym, którzy sobie nie radzą – że są idiotami, niczego nie wartymi i że „skończą na kasie”

Skoro i tak skończą na tej kasie, to po co zabierać im jeszcze wiele lat z życia, zmuszając do edukacji, skoro mogliby już teraz zarabiać pieniądze? Bezsens totalny… Później w życiu schemat jest zawsze ten sam:

Szkolni „geniusze” nie radzą sobie w życiu

Ci najlepsi mają chyba najgorzej. Przez całą szkolną edukację wychwalano ich i wmawiano im, że są kimś wyjątkowym. Nigdy więc nie nauczyli się kwestionować autorytetów. Wychodzą ze szkoły, a tu nagle okazuje się, że ich wybitne osiągnięcia i tytuły nie mają żadnego znaczenia. Że prawdziwe życie to nie szkoła i że tu trzeba myśleć samemu. Że robienie tego, co każą autorytety nie kończy się wielką karierą…

Nieudolność uwypukla się także w życiu prywatnym – takie osoby rzadko potrafią ułożyć sobie życie osobiste. Bardzo często popadają w silną depresję, związaną ze zderzeniem z brutalną rzeczywistością. Wiele z takich osób kończy na różnego rodzaju stanowiskach publicznych (nauczyciele, urzędnicy, itp), gdzie dzień po dniu wykonują całkowicie bezowocną i bezsensowną pracę.

Tacy ludzie to ofiary systemu. Nie potrafią myśleć po swojemu, więc nigdy nie zakładają swoich biznesów. Nie umieją pogodzić się ze stratą tytułu „tych najzdolniejszych” więc nie podejmują dużo lepiej płatnych, ale niżej ocenianych przez społeczeństwo prac np. prac fizycznych. Większość kończy więc na pensjach z podatków, stając się życiowymi „sierotami”.

Szkolni przeciętniacy zostają niewolnikami

Ci, którym zawsze wmawiano, że powinni postarać się lepiej zwykle kończą w „wyścigu szczurów”, wiecznie próbując udowodnić sobie i otoczeniu, to, czego wymagano od nich przez całą młodość – że są w stanie być lepsi. Pracują więc ciężko w różnych firmach, na różnych stanowiskach.

Wszystkie zarobione pieniądze wydają na różne rzeczy, by podnieść swój (nigdy niewystarczająco dobry) status. Popadają w długi i kredyty i pracują jeszcze więcej. Owocami ich pracy są marzenia… ale nie ich samych, tylko szefów i zarządców firm, w których pracują…

Ci ludzie to paliwo napędowe tego chorego systemu, w którym żyjemy, zwane „klasą średnią”. To oni pracują najwięcej, generując największe zyski z podatków. To oni utrzymują tych wcześniejszych, szkolnych „geniuszy” na ich publicznych, bezsensownych stanowiskach. To oni przeżywają swoje życie biegnąc, ale nigdy nie zastanawiając się za czym.

A gdy podupada ich zdrowie, przeżywają poważne załamanie, itp. – czasem dostrzegają szaleństwo tego biegu. Niektórzy zwalniają i zaczynają odnajdywać siebie. Jako, że stanowią większość społeczeństwa, jest duża szansa, że i Ty jesteś jedną z takich osób. I być może tak jak ja, zrozumiałeś swoje marne położenie?

Szkolne „głupki” wygrywają życie

Paradoksalnie ci, którzy sobie ledwo radzili, którzy kwestionowali autorystety i którzy nudzili się na lekcjachodnoszą życiowe sukcesy. Związane jest głównie z tym, że takie osoby po prostu od początku „olewają” szkołę i „robią swoje”. Czasem nawet ledwo zdając, skupiają się od młodego wieku na swoich celach i nie patrzą na innych.

To właśnie oni zakładają firmy, tworzą biznesy, zatrudniają ludzi, rozwijają społeczeństwa. To oni często się bogacą, osiągając wielkie sukcesy finansowe. Jeśli lądują na studiach to często je rzucają. Nierzadko też już w czasie nauki zaczynają równolegle zarabiać pieniądze. 

To część z nich tworzy rynek pracy dla szkolnych „przeciętniaków” i to dzięki ich przedsiębiorczości i ryzyku opłacane są podatki, z których żyją szkolni „geniusze”. Oczywiście nie każdy kończy z górą pieniędzy, ale zdecydowana większość układa sobie swoje życie po swojemu, odnosząc swoje własne, mniejsze lub większe, życiowe sukcesy.

Szkolne „odpady” przegrywają wszystko

I na koniec jeszcze te kilka osób z całej szkoły. Ci, których często przenoszono. Którzy „kiblowali”. Którzy nie radzili sobie z niczym. Szkolne „odpady”, których każdy się pozbywał, jeśli tylko mógł…

To właśnie z myślą o tych ludziach (przynajmniej w pięknej teorii) powstało publiczne szkolnictwo. Żeby nawet ci biedni, najmniej zdolni, najbardziej dotknięci życiowo mieli dostęp do edukacji – czyż to nie chwalebna idea?

Niestety właśnie te osoby często przegrywają w tym systemie wszystko. Gdyby nie wysokie podatki, z których finansuje się posady szkolnych „geniuszy” i m.in. właśnie edukację, ich rodzice mieliby szansę na lepiej płatne prace i rozwój. Oni sami mogliby zarobić pieniądze i opłacić naukę tego, co ich interesuje. Być może treningu piki nożnej, być może kursu barmana, być może nauki gry na gitarze…

Potem, pracując w tych zawodach mogliby zarobić kolejne pieniądze i oszczędzić na dalszą naukę. Być może zostaliby prawnikami, lekarzami, inżynierami… A być może wybraliby inną drogę i nigdy nie pracowali dużo. Ale to byłby ich wybór. Ich konsekwencje. Ich zyski i straty. Ich życie…

W obecnym systemie te osoby nie tylko nie dostają nic. Je się ograbia. Najpierw z możliwości zabierając gigantyczne kwoty w podatkach ich rodzinie. Potem z wyboru. I na końcu z najcenniejszej rzeczy – czasu.

„Jeśli nie chcesz się uczyć nikt nie będzie w stanie Cię zmusić. Jeśli pragniesz się uczyć nikt nie będzie w stanie Cię powstrzymać.”

Kiedy byłam w podstawówce jedną z takich osób był Tomek. Nie radził sobie z niczym, miał spore problemy rodzinne i ciągle popadał w tarapaty. Flejtuch, głupek, dureń, idiota – z takimi słowami musiał mierzyć się na co dzień. Nic dziwnego, że często reagował agresją

Z trudem skończył szkołę podstawową… Był jedną z tych osób, o które zadawałam sobie moje pytania. Skoro on nie chciał się uczyć, dlaczego był w szkole? Dlaczego nie robił czegoś innego ze swoim życiem?…

Po wielu latach zobaczyłam Tomka w centrum handlowym. Czy raczej on zobaczył mnie, bo ja go w ogóle nie rozpoznałam. Podszedł, przywitał się, z uśmiechem zaczął rozmowę.

Byłam w szoku. Ubrany w uniform, zadbany dorosły człowiek, z błyszczącymi oczami sprawiał wrażenie szczęśliwego i spełnionego życiowo. Tomek został ochroniarzem. Zwykłym ochroniarzem, takim jakiego mijasz w sklepach. Ale dla niego ta praca nie była czymś zwykłym.

On uważał, że był w tej pracy dobry. Nawet dyrygował innymi i uczył. Czerpał z tego przyjemność. Opowiadał o tym jak o spełnieniu marzeń. To był zupełnie inny człowiek. Bez śladów dawnej agresji, za to z wszelkimi znakami życiowego „ogarnięcia”. Z jego oczu i słów płynęło proste, ale potężne doświadczenie.

Stałam jak zdębiała, nie mogąc uwierzyć w to, co widzę. I w szoku z trudem sklejając zdania. Przecież Tomek był „skreślony” przez społeczeństwo… Ale jednak stał tam, przede mną z ciepłym, serdecznym uśmiechem, takim, jaki noszą tylko najbardziej spełnione życiowo jednostki… I nie mogłam przestać zadawać sobie mojego pytania z młodości.

Skoro on nie chciał się uczyć, tylko zostać ochroniarzem, to dlaczego trzymano go w szkole tyle lat jak w klatce? Dlaczego nie pozwolono mu realizować jego marzeń? Bo co, bo jego marzenia były „gorsze”? Nie dość dobre? Za mało ambitne??? Bo ktoś inny stwierdził, że wie lepiej od niego, jak powinien przeżyć swoje życie?…

To spotkanie z Tomkiem było jednym z wielu elementów, które pozwoliły i mi w końcu odnaleźć moją drogę życiową. Tak, zwykły szkolny „nieudacznik” niesamowicie wpłynął moje życie… Sprawił, że zaczęłam zadawać sobie proste, ale bardzo ważne pytania.

Czy na pewno potrzebuję wielkich pieniędzy i kariery? Czy moja praca sprawa mi autentyczną radość? Czy powinna mnie definiować? I najważniejsze – co by było, gdyby moje szkoły i studia były płatne? 
Byłabym tu, gdzie jestem, ale już wiele lat temu… A Ty?

.


Uważasz powyższy artykuł za wartościowy i chcesz widzieć na blogu więcej podobnych treści? Od teraz możesz „głosować” pod każdym tekstem symboliczną złotówką, klikając w świnkę obok.

Zebrane środki pomogą rozwinąć kanał YouTube i stworzyć cykl filmów pokazujących życie na Karaibach

Dołącz do naszej facebookowej grupy „Życie Pod Palmami” by śledzić bloga oraz poznać się i porozmawiać ze mną i z innymi czytelnikami.


O MNIE

Mam na imię Katarzyna, jestem architektem i od kilku lat mieszkam na Karaibach. O tym jak i dlaczego zmieniłam swoje życie dowiesz się ze strony „O MNIE” oraz z e-booka:

20 myśli nt. „Czy szkoła powinna być obowiązkowa?”

  1. ALLELUJA! W końcu ktoś myśli, jak ja! Gdy byłam mała, uwielbiałam się uczyć. W wieku 5 lat umiałam tyle, co trzecioklasista, zwlaszcza pod względem „ścisłym” i artystycznym, a później poszłam do zerówki, pierwszej klasy, drugiej…. I po prostu się śmiertelnie nudziłam na lekcjach! Pisać umiałam, liczyć umiałam, rozróżniać kształty umiałam, z nożyczek i innych przyborów korzystać umiałam, jedynie z polskiego zawsze byłam noga. Ortografia i gramatyka, okej, ludzie mogą się piłować, że dzieciak robi błędy, ale pytam się, cholera na „uja” zaimki, przyimki, zasłówki, przysłówki i inne, które nikomu się w życiu nie przydadzą, chyba że pójdzie na polonistykę, a tam i tak będzie się tego uczył jeszcze raz? No i godziny lekcyjne – do egzaminów można by się nauczyć w połowę tego czasu, bez przerabiania bzdur! Za to w tych godzinach „wolnych” dzieciaki mogłyby się czymś zająć, czy to piłka, czy malowanie, czy cholera cokolwiek innego, ale pokolenie „starsze” ‚przecież zawsze ma rację i gówniarze nie mogą mieć za dużo czasu na swoje zajawki! Wrrrrr, wnerwia mnie idea państwowego szkolnictwa.

    Lubię to

  2. Wrocilem z Chin..tam dzieci maja sie nauczyc pisac i czytac..i obslugiwac smartfona.Trzy lata i do pracy, jak ktos chce dalej sie uczyc , panstwo pomoze, ale nic na sile.20 lat temu byli najwiekszym importerem bambusowych rowerow, dzis maja w kieszeni pol swiata.

    Lubię to

  3. Ja byłam raczej prymuską. Niewiele brakowało, a wciągnąłby mnie korpoświat i moje życie byłoby nudne. Z perspektywy czasu widzę, że, tak jak piszesz, szkoła nie uczy jak sobie radzić w dorosłym życiu. Miałam szczęście do ludzi i jakąś wewnętrzną motywację do szukania swojej drogi. Bardzo bym chciała, żeby moje dzieci nie straciły entuzjazmu i naturalnej chęci nauki, dlatego dużo czytam o edukacji domowej. Jest to jednak nie lada wyzwanie.
    Ciekawa jestem do której grupy Ty się zaliczałaś 🙂

    Lubię to

    1. Ja olewałam szkołę totalnie. Studia również. Tylko początkowo w podstawówce zaliczano mnie do „kujonów”, bo mimo, że nigdy się nie uczyłam poziom był tak niski, że jakoś sobie radziłam bez problemu. Potem było tylko coraz gorzej 🙂

      Lubię to

      1. A wiesz, podejrzewałam, że dobrze się uczyłaś, bo w końcu dostałaś się na architekturę. Chyba nie da się tego zrobić, nie wkuwając materiału potrzebnego na egzamin?
        Chociaż według tego co napisałaś w artykule, musiałaś być cieniasem w szkole 😉

        Lubię to

        1. Byłam średniakiem w najlepszym liceum w Polsce (w owych czasach). Nie wiem czy to dobrze, czy źle, bo nigdy mnie to nie obchodziło. Na architekturę wtedy dostawało się, bo się umiało rysować i miało wyobraźnię przestrzenną. Jak jest dziś – nie wiem.

          Lubię to

  4. Całkowicie się z Tobą zgadzam. System edukacji kuleje i daje złudne nadzieje, co do dalszych losów uczniów. „Szkolnym geniuszom” wmawia się, że skoro teraz odnoszą sukcesy, to również w życiu zawodowym czeka ich świetlana przyszłość.
    Jestem doskonałym przykładem „szkolnego geniusza”. W szkole, na wszystkich stopniach edukacji szkolnej, odnosiłam sukcesy. Zawsze miałam czerwony pasek na świadectwie, najlepsze oceny, brałam udział w konkursach, udzielałam się w szkolnych akademiach. I kiedy już skończyłam studia dotarło do mnie, że tak naprawdę to NIC nie potrafię. W żadnej dziedzinie się nie wyróżniam na tyle, aby było to pomocne w znalezieniu dobrej, satysfakcjonującej pracy. Rozczarowanie i rozgoryczenie, że moje starania w szkole przez te 10 lat i potem 5 lat na studiach, nie gwarantują sukcesu zawodowego, było ogromne, i było jak upadek z wysokiej drabiny. Tak więc najpierw był staż w jednej z jednostek administracji publicznej… i tak już zostało:) Czyli przekładanie papierków z prawej kupki na lewą i poczucie zniechęcenia i dużego rozczarowania! Bo przecież to JA byłam jedną z najlepszych uczennic, a teraz mało zarabiam i to w totalnie bezsensownej pracy, a osoby, które z trudem „prześlizgiwały” się z klasy do klasy, imprezowały, chodziły na wagary, mogą pochwalić się karierą, która cały czas się rozwija.
    Dopiero od niedawna postanowiłam wziąć sprawy w swoje ręce, całkowicie zrzucić klapki z oczu i pokierować karierą w ten sposób, by również czerpać przyjemność i satysfakcję z życia zawodowego.

    Lubię to

  5. Tez uważałam ze szkoła powinna byc nieobowiązkowa a kazdy miec wybór czego uczy dzieci.. Potem trafiłam na całkiem liczba rzesze ludzi ktora wierzy/ uważa ze ziemia jest płaska (c’mon..). I juz nie jestem pewna 😉

    Lubię to

    1. No to skoro chodzili do państwowej szkoły i nadal wierzą, że ziemia jest płaska to chyba tym bardziej są to bezsensownie wykradane pieniądze w podatkach i czas młodym?

      A swoją drogą – co z tego, że wierzą że ziemia jest płaska. W jaki niby gigantyczny sposób wiedza nt kulistości ziemi wpływa na nasze życie. W żaden wg mnie. Naprawdę, nie wszyscy muszą być naukowcami.

      Lubię to

      1. To byl w sumie taki zarcik. Ogolnie sie z toba zgadzam.

        Nie chodzi o to zeby wszyscy byli naukowcami. Moga wierzyc w co chca (choc moim zdaniem pewne fakty to fakty i nie sa sprawa wiary)- ale oni usiluja reszte swiata przekonac, ze tak jest naprawde, a kulistosc ziemii jest jakas teoria spiskowa 🙂
        Kiedys przeczytalam ” I like to pay taxes for schools, even though I don’t personally have a kid in school: It’s because I don’t like living in a country with a bunch of stupid people.”
        (Nie wiem natomiast czy ci ludzie chodzili do panstwowej szkoly, sprawe znam z rzeczywistosci stanow, gdzie mozna dzieci uczyc w domu)
        Nie twierdze ze ludzie, bez jakiejs okreslonej wiedzy sa glupi, ale ludzie ktozy w dobie informacji, pubikacji w internecie, satelitow it rozpowszechniaja jakas totalna bzdure jako informacje prawdziwa, to az sie rumienie z zazenowania. Nawet jest film dokumentalny o plaskiej ziemii 😉
        Nie twierdze ze system szkolnictwa jest idealny czy ze w ogole powinien byc obowiazkiem, ale uwazam ze podstawowa (podkreslam podstawowa) edukacja ma wiele zalet. Napewno potrzebna jest reforma. Nie uwazam tez ze szkolnictwo powinno byc panstwowe. Zdecydowanie za dlugo trwa obowiazek szolny.
        Nie znaczy to ze podstawowa edukacja powinna byc jeednolita i taka sama dla wszystkich. Po prostu kazdy powinien miec mozliwosc nabycia jakiegos zestawu umiejetnosci, ktore pozwola mu na dalsze szczesliwe zycie

        czyli w gruncie rzeczy chodzi nam o to samo: mozesz sie nauczyc jak byc szewcem od innego szewca. liczyc tez cie nauczy. nie musisz uczyc sie chemii wszkole przez 12 lat..

        przy czym wracajac do kulistosci ziemii, panstwowa edukacja napewno nierozwiazuje problemu istnienia zwolennikow glupich teorii, ale mysle ze jednak przyczynia sie pozytywnie do wiedzu nt swiata u spoleczenstwa. nadal ma wiecej wad niz zalet 😉 tak jak mowilam, moj komentarz byl zarcikiem. poki co moim realnym stanowiskiem jest zmniejszenie dlugosci trwania obowiazku szkolnego oraz wieksza kontrola nad programem nauczania/ zindywidualizowanie.
        W porzucenie idei obowiazkowego szkolnictwa nie wierze 🙂

        Lubię to

        1. „panstwowa edukacja napewno nierozwiazuje problemu istnienia zwolennikow glupich teorii” – w jaki sposób rozwiązuje, skoro tacy zwolennicy nadal są? 😀 Przeczysz sama sobie.

          Pamiętaj też, że to, co mówimy o nieznanych nam bliżej ludziach jest tak naprawdę tylko odzwierciedleniem nas samych. Więc paradoksalnie sama zaliczasz się do tych „głupków”, z których szydzisz. Oni wierzą w płaskość Ziemi, Ty wierzysz w to, czego nauczyła Cię szkoła. A rzeczywistość pokazuje, że nie ma czegoś takiego jak prawdy objawione. Nie bez powodu różne organizmu widzą różną rzeczywistość. My też jesteśmy zwierzętami. Nie widzimy „wszystkiego”. Widzimy tylko to, czego potrzebujemy do przetrwania gatunku. Tak działa natura. Myślenie, że jako ludzie znamy jakieś niezbite prawdy jest najlepszym dowodem na naszą głupotę. Był tylko jeden gość w historii ludzkości, który nie mylił się co do jednego: „Wiem, że nic nie wiem” – Sokrates. Potem jeszcze blisko był Kartezjusz. Reszta ludzi żyje w „Matriksie” i wierzy święcie, że jest to „rzeczywistością”. Pomyśl o tym 🙂

          Lubię to

  6. Bardzo dobre podsumowanie z którym zgadzam się w 100%.
    W moim przypadku tendencja jeśli chodzi o naukę była spadkowa, od prymuski w podstawówce do totalnie „olewczego” stosunku do egzaminów na studiach, które notabene właśnie kończę i do dziś się zastanawiam czy kiedykolwiek mi się do czegoś przydadzą. A wszystko było podyktowane zadowoleniem wszystkich naokoło oprócz siebie. Na studia poszłam pod wpływem presji wszystkich którzy mnie otaczali, zaczynając od rówieśników z liceum (no bo jak to po maturze można nie złożyć papierów na uczelnie?!), przez rodzinę (no bo zawsze byłaś najlepsza ze wszystkiego, jak mogłabyś teraz nie pójść na studia?!) i na pracodawcy kończąc (musisz to zrobić, żeby dostać wyższe stanowisko).
    Efekt jest taki, że mam lat 25 i do tej pory ulegałam presji i spełniałam oczekiwania innych nie wiedząc czego chce od życia.
    Po 6 latach pracy (typowego, 8-godzinnego trybu siedzenia za biurkiem) w których to jednocześnie spędziłam 5 lat na uczelni mam po dziurki wszystkiego i od nowego roku rzucam wszystko i ruszam do Londynu. Mam nadzieje, że radykalna zmiana pozwoli mi się usamodzielnić (zwłaszcza w myśleniu). Jeśli chodzi o marzenia to owszem są tak ogromne, że aż boje się je wypowiedzieć głośno 🙂
    Ale jednego jestem pewna, że nie spełnie ich siedząc za biurkiem, codziennie wykonując to samo. Z drugiej strony mam (tylko) 25 lat a już poczułam na własnej skórze jak ciężko wyrwać się z systemu, zwłaszcza przy ciepłej posadce i pensji wpływającej co miesiąc na konto. Dlatego jestem cholernie przerażona na myśl o wyjeździe, a wszyscy naokoło mnie każą mi się puknąć w czółko (delikatnie mówiąc).
    Nawet usłyszałam komentarz „Po co to robisz? Przecież tam będziesz nikim”.
    A ja słyszałam, że najgorszy krok to….. nie zrobić żadnego.

    Dzięki za tego bloga. E.

    Lubię to

    1. WOW! Podziwiam Cię! Chciałabym w tak młodym wieku mieć tyle energii i siły i pewności w działaniu! I jakoś nie mam najmniejszych wątpliwości, że sobie poradzisz i że będziesz szczęśliwa.

      Lubię to

  7. Ja zawsze byłam uczniem czwórkowym i ciągle po mnie oczekiwano więcej i więcej. Ciągle słyszałam „zdolna ale leniwa”. I nigdy nie byłam wzorowa. Efekt? Fobia szkolna i chorobliwa prokrastynacja. Przemilczę ile razy kiblowałam. Dzisiaj usiłuje dokończyć studia, których nie lubię, tylko po to by już nie słuchać, że jestem nieudacznikiem. Nawet nie zamierzam pracować w zawodzie (choćbym miała żyć w nędzy) bo go nienawidzę…

    Jeśli coś mnie interesuje mogę się temu poświęcić w 100%, ale jeśli ktoś każe mi się czegoś nauczyć od razu mam blokadę i nie mogę się zmusić, żeby chociaż zacząć. Wszystko „dzięki” szkole.

    Gdy miałam zaledwie kilka lat postanowiłam zostać weterynarzem, niestety system edukacji sprawił, że w liceum się poddałam i zaczęłam iść po najmniejszej linii oporu. Od podstawówki chciałam pisać książki, ale z polskiego zawsze miałam niskie oceny (głównie przez ortografię) więc myślałam, że się nie nadaję do tego.
    Mogłabym wymienić jeszcze wiele rzeczy, które mogłam robić, ale szkoła, system oceniania i nauczyciele przyczynili się do tego, że jest inaczej.

    Jedyne czego się nauczyłam w szkole to to, że szkoła niszczy marzenia.

    Lubię to

    1. Współczuję, choć wszyscy jesteśmy ofiarami tego chorego systemu. Ale Ty już masz potęgę w postaci świadomości – a od tego już krótka droga do własnej i szczęśliwej drogi życiowej. Powodzenia!

      Lubię to

      1. Dokładnie, nie jestem wyjątkiem, to jest najsmutniejsze. Dlatego namawiam narzeczonego na wyjazd z Polski, bo nie chce tu wychowywać dzieci i sposób myślenia ludzi w naszym kraju jest przytłaczający. Nie tylko w tym temacie.

        Lubię to

  8. To, co stało się w 1989 roku nazywa się transformacją. Nastąpiła zmiana formy bez zmiany treści. Nikt, nigdy nie powiedział, że wydarzyło się wtedy coś innego…
    Dzisiejsze państwo jest bardziej totalitarne, niż było u schyłku PRL.

    Tak, przymus edukacji nie ma sensu. To w interesie każdego jest nauczenie się kilku podstawowych rzeczy… ale do tego nie potrzeba nawet szkoły, tylko w miarę rozgarniętych rodziców. Tu by trzeba było wspomnieć o kolejnym przymusie, który sprawia, iż ludzie nie myślą o swojej przyszłości, czyli o przymusowych ubezpieczeniach społecznych. Ale to chyba zbyt obszerny temat…

    Lubię to

  9. Bardzo trafnie posumowalas cala idee edukacji w panstwie „opiekunczym” Tutaj w USA ,ci nieudacznicy,to po prostu tzw. opoznieni w rozwoju, sa kierowani do szkol specjalnych,gdzie szybko zdobywaja zawod zgodnie ze swoimi zainteresowaniami i mozliwosciami…
    Jednak dla tych genialnych pozostaje jedynie przeskakiwanie klas w gore,ale o specjalnym toku nauczania raczej sie nie slyszy…

    Teresa

    Lubię to

Twoje przemyślenia na ten temat?

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s