Jak wychować szczęśliwe dziecko? Czego tak naprawdę potrzebują dzieci?

Wczoraj podczas odwiedzin w domu mojej przyjaciółki miałam okazję poobserwować coś niezwykłego. Jej młoda kotka niedawno urodziła 3 piękne kocięta, które właśnie zaczynają się usamodzielniać.

Kociaki nadal są nieufne i potrzebują ochrony i opieki, ale zaczynają eksplorować świat i, jak na koty przystało, przywoływać do porządku psa, pstrykając go co chwila w nos. Słodkie zabawy i próby wdrapywania się na meble, z nieuchronnymi upadkami przerywa tylko karmienie. Kociaki mogą się najeść i odpocząć przytulone do mamy. Chwilę później znów biegają wokół, poznając świat

Ale czemu niby jest to takie niezwykłe?

Ta kocia familia reprezentuje bowiem to, czego brakuje naszym społeczeństwom. Dorastamy pod kloszem względnego bezpieczeństwa. Idziemy do szkoły. Zdobywamy wykształcenie. Wychodzimy z uczelni. A potem nie wiemy, jak żyć…

Bo nagle jesteśmy wolni. Przynajmniej w teorii. Ale nikt nas na tą wolność nie przygotowuje. Zagrożeń się nie pokazuje dzieciom. Zagrożenia się przed dziećmi chowa. Buduje się dla nich bezpieczny, piękny świat. I ten świat staje się dla nich więzieniem. Tak jak stał się dla nas.

Moja ostatnia wizyta w Europie i ta obserwacja zwykłej zabawy kociaków uświadomiła mi, dlaczego ludzie zostają w swoich „klatkach”. Dlaczego mimo chęci i wolności w zasięgu ręki nie decydują się na żaden krok. Dlaczego tak bardzo boją się nawet najmniejszych zmian. Dlaczego nawet nie potrafią sobie ich wyobrazić. Dlaczego pomimo, że „mają wszystko” żyją głęboko nieszczęśliwi

Świat jest wielki, dziki i niebezpieczny

Taki jest. Natura jest piękna i zachwycająca, ale również bezlitosna. W prawdziwej rzeczywistości nie jesteśmy panami świata. W naturalnych warunkach okazuje się, że nie jesteśmy lepsi, mądrzejsi, ani sprytniejsi niż zwierzęta. Jesteśmy tylko mikroskopijnym elementem wielkiej układanki. Bez płaszcza ochronnego zachodniej cywilizacji jesteśmy malutcy, bezbronni, naiwni i słabi.

Wyobraź sobie, że nagle przenosisz się w jakieś dzikie, nieznane Ci miejsce. Na przykład w środek tropikalnej dżungli. Wokół Ciebie las drzew. Dziwne odgłosy. Nowe zapachy. Jesteś tam zupełnie sam, wokół nie ma śladu cywilizacji…

Większość ludzi na myśl o czymś takim reaguje silnym stresem i lękiem. I to przecież normalne. To całkiem zdrowa i naturalna reakcja na nieznane środowisko. Rzecz oczywista, wydawać się może…

Sytuacja robi się mniej oczywista gdy pomyślimy o emigracji lub jakiejkolwiek innej zmianie życiowej czy poważnym życiowym wyborze. Przecież to nie jak znaleźć się w środku ciemnej, tropikalnej dżungli…

A może jednak?

Dla naszego umysłu powyższe sytuacje są czymś zupełnie innym, ale dla naszego ciała – nie. Z jego punktu widzenia (a pamiętajmy, że ciało nie „widzi”, tylko czuje) jest to identyczna sytuacja: nieznane miejsce, obce osoby, nowe zapachy = niebezpieczeństwa! Ratuj się kto może!…

I dlatego właśnie ludzie są tacy „zamknięci”. Dlatego przy nawet najmniejszych zmianach w życiu potrafimy panikować jak szaleni. Dlatego nie radzimy sobie z negatywnymi emocjami. Bo świat jest straszny, dziki i niebezpieczny. Taki po prostu jest. I budowanie sobie sztucznego, bezpiecznego kąta tego nie zmieni.

I oczywiście, że czasem najlepszą strategią jest „uciekać” lub na chwilę „zamrzeć” w bezruchu ze strachu, mając nadzieję, że niebezpieczeństwo minie. Ale jeśli ta strategia staje się naszą jedyną – mamy problem. Bardzo poważny problem. I ten problem przekazujemy na kolejne pokolenia.

Bo jeśli boimy się świata – to jak niby mamy go odkryć? Jak kiedykolwiek mamy odnaleźć w nim swoje miejsce?

Kiedy rok temu odwiedzałam po raz pierwszy pewną grecką wyspę, o której często wspominam na blogu, spotkałam tam młodą kobietę z sześcioletnim synkiem. Zabrała nas na małą wycieczkę po górach i pokazała swoje ulubione miejsca.

Początkowo zszokowało mnie jej podejście do dziecka – chłopak bawił się i biegał wokoło całkowicie beztrosko. Gdy zaczął wspinać się wysoko na drzewa odruchowo stanęłam przy nim. Pod drzewem leżały bardzo ostre kamienie, upadek mógłby skończyć się dla niego naprawdę groźnie

Nie wiem kogo obserwowałam wtedy z większym zdziwieniem – małego chłopca, który potrafił wspinać się jak alpinista czy jego mamę, która stała kilkanaście metrów dalej i jakby nigdy nic rozmawiała sobie z inną osobą. Nie patrzyła nawet w jego stronę…

Trochę później podczas zwiedzania innego miejsca ta sama „nieodpowiedzialna” mama zasugerowała odpoczynek przy wodospadzie, na krawędzi wielkiej przepaści. Podczas gdy ja schodziłam nad tę krawędź najostrożniej jak się tylko dało, ona rozkładała już jedzenie na piknik w pełnym słońcu, a jej syn… biegał sobie nago po tej krawędzi. Serce mi zadrżało…

Gdy w końcu nie wytrzymałam i zapytałam jej, dlaczego w ogóle nie martwi się o swoje dziecko, spojrzała na mnie z wielkim zdziwieniem:

„Przecież cały czas przy nim jestem…”

Wychowujemy się w świecie ogrodzonym „betonowym” płotem. Bez prawdziwej natury u naszego boku. Bez wolności. Wychowujemy się w nieustającym lęku i w ciągłej obecności autorytetów. Ludzi, których bezkrytycznie słuchamy, błędnie sądząc, że oddając im wolność, pozbywamy się jednocześnie odpowiedzialności za siebie… A potem dorastamy i przekazujemy wszystkie te ograniczenia naszym dzieciom. 

To zabawne, jak bardzo boimy się pozwolić dziecku samemu eksplorować świat, a jednocześnie bez żadnego piśnięcia oddajemy je na całe dnie do przedszkoli, szkół, uczelni… Miejsc, o których nie wiemy praktycznie nic. Które indoktrynują je tak, jak im się podoba. Które przejmują nad nimi całą kontrolę

Kierujemy się samym rozumem, zapominając o roli instynktów w naszym życiu. Powtarzamy i kopiujemy zachowania innych, bez żadnego zastanowienia. Chronimy dzieci od zła wszelkiego. Kupujemy im zabawki. Posyłamy do szkół. Załatwiamy ile się da w ich życiu. I mówimy, że to „dla ich dobra”

Ich? Czy może Twojego?

Sądzisz, że ta kobieta z greckiej wyspy pozwala swojemu dziecku biegać samemu po krawędziach przepaści czy wspinać się na wysokie drzewa bo się o nie nie martwi? Bo jest egoistką? Wręcz przeciwnie.

Ona stawia jego szczęście i jego życie na pierwszym miejscu. Pozwala mu na wolność wystawiając tym samym na niebezpieczeństwo nie tylko jego, ale przede wszystkim siebie samą.

Bo kto będzie cierpiał bardziej, gdy dziecko nabije sobie guza? Rozetnie stopę? Straci zęba?… Dziecko popłacze parę chwil i zapomni. To rodzice cierpią dużo bardziej, widząc nieszczęście pociechy. To rodzice wystawiają siebie na ból i wszelkie możliwe negatywne emocje, gdy dają dziecku wolność. To rodzice muszą uporać się z prawdziwym cierpieniem.

Ale bez tego cierpienia ich dzieci nigdy nie wyrosną na silne i samodzielne jednostki. Bez doświadczeń życiowych nigdy nie odnajdą siebie i nie zrozumieją swoich potrzeb. Bez przygód nie rozwiną osobowości.

Ustawiczna ochrona naszych dzieci przed zagrożeniami świata tego jest tak naprawdę ochroną nas samych. Egoistyczną w swojej naturze ochroną własnego komfortu. Własnej wygody. Własnego szczęścia. Własnego, nienaruszalnego, bezpiecznego świata, który sobie budujemy i w który opętanie wierzymy

I jest to jak najbardziej normalne zachowanie. Czy raczej – normalne, w nienormalnym świecie. To zachowanie, które nam narzucono i z którym jest nam wygodnie. Ale to również zachowanie, które upośledza kolejne pokolenia.

Dzieci potrzebują tylko dwóch rzeczy – obecności rodziców i… wolności

Swoje szczęście dziecko znajdzie sobie samo. Naprawdę. Wystarczy mu tylko na to pozwolić. Wystarczy dać mu wolność i zapewnić poczucie bezpieczeństwa, a nie bezpieczny, ogrodzony świat. Tym poczuciem bezpieczeństwa dla dziecka jest sama nasza obecność.

Kiedyś przeprowadzono proste badanie na maluszkach. Dzieci ze swoimi mamami ustawiono obok siebie i rozłożono wokół nich masę zabawek. Po początkowej fazie obserwacji dzieciaki szybko zaczęły się ze sobą bawić. W tym momencie część mam zaczęła się powoli, krok za krokiem odsuwać od miejsca zabaw.

Na efekty nie trzeba było długo czekać – te dzieci, których matki odsuwały się najpierw przestały uczestniczyć w zabawach, a po chwili zaczęły bacznie obserwować swoje rodzicielki. Należy zauważyć, że dzieci zajęte były sobą nawzajem i skupione na nowych zabawkach. Mimo to bez trudu wyczuły moment, gdy mama przestała być tuż obok.

Dla dziecka rodzic jest elementem, bez którego nie mogą właściwie wykształcić swoich instynktów i emocji. Sama fizyczna obecność opiekuna sprawia, że dziecko czuje się bezpiecznie. Jeśli do tego dodamy wolność dziecko samo będzie nam posłuszne, bo instynktownie będzie nas respektować.

Gdy obserwuję młodych rodziców wśród moich znajomych, którzy żyją w miastach, nie mogę nadziwić się jak narzekają na to, że przez dziecko nie mają swojego życia, a jednocześnie sami skaczą wokół niego, jakby był pępkiem świata i wiecznie mu coś podsuwają pod nos. To dziecko ma latać za rodzicem, a nie rodzić za dzieckiem. To dziecko jest zależne od nas, a nie odwrotnie. Paradoksalnie dając mu wolność, wiążemy go ze sobą najsilniej jak się da.

Podczas mojego ostatniego pobytu w Berlinie miałam okazję poobserwować co się dzieje przy nadopiekuńczości rodziców. Dwuletnia córeczka mojej przyjaciółki, którą odbieraliśmy ze żłobka cały czas testowała swoją mamę. Uciekała, chowała się, szła w innym kierunku, niż my. Moja przyjaciółka ciągle za nią latała, prosiła, próbowała ją przekupić wizją deseru, itd.

W pewnym momencie poradziłam jej, żeby przestała i zaczęła ze mną rozmawiać, nie zwracając uwagi na córkę. W tym czasie ja obserwowałam dziecko. Jego reakcja była natychmiastowa. Najpierw niepewność i zdziwienie, potem próby krzyków, ostatecznie uległość i szybki powrót „pod skrzydła mamy”.

Swoją obecnością wyznaczasz dziecku granice terytorium, po którym może się poruszać. Pozwalając mu upadać, uderzać się itd. od najmłodszego wieku uczysz go odpowiedzialności. Takie dziecko jest posłuszne i słucha Ciebie, bo musi. Przybiega tylko wtedy, gdy potrzebuje pomocy lub bezpośredniej uwagi.

Jeśli, zamiast tego to Ty wiecznie za nim ganiasz, ciągle mu pomagasz i oferujesz pełną uwagę – wówczas to Twoje dziecko wyznacza Tobie granice terytorium, po którym Ty się poruszasz. To ono Cię prowadzi, a nie Ty jego. To Ty jesteś od niego zależny, a nie ono od Ciebie.

A potem dziwisz się, że dziecko Cię nie szanuje, nie słucha i że nie radzi sobie samo w życiu. Ale jak ma sobie radzić, skoro próbujesz siłą zamknąć je w klatce bezpieczeństwa i nie pozwalasz mu się niczego nauczyć? Jak ma ono umieć stąpać po krawędzi nad przepaścią niebezpieczeństw życiowych, skoro nigdy nie miało szansy zobaczyć, czym grozi nawet mały upadek?

W naturze matki nie zamykają swoich dzieci w bezpiecznej klatce. W naturze matki kierują się przede wszystkim swoim nieomylnym instynktem i intuicją. I tym samym pozwalają, by swoje instynkty i intuicję szybko rozwinęły ich pociechy.

Wychowujemy dzieci słabe. Świetnie wiedzące, kim powinny być i jednocześnie nieznające siebie ani trochę. Świetnie wyedukowane na temat świata i jednocześnie nieznające świata ani trochę. Jak te dzieci mają kiedykolwiek znaleźć swoje szczęście, skoro nie mogą nawet szukać?

Te malutkie kociaki u mojej przyjaciółki mogą się podrapać, upaść, przestraszyć, czy nawet znaleźć w sytuacji zagrożenia życia. Ale matka nie zabrania im się bawić i eksplorować świata. Stoi na straży, jest obecna, ale nie pomaga, nie zabrania, nie ułatwia im niczego. Po prostu pozwala im rozwinąć ich instynkty, wyobraźnię, emocje. Pozwala im szukać ich własnej, wewnętrznej siły. Daje im wszystko, czego potrzebują: wolność i swoją obecność.

Więc jeśli chcesz wychować szczęśliwe dziecko to musisz pozwolić mu się zranić, upaść, przestraszyć, oparzyć, podtopić i doświadczyć wielu innych nieszczęść. Musisz pokazać mu prawdziwy, brutalny świat, ale jednocześnie być obok niego. Musisz dać mu szansę, by samo doświadczało życia na swój własny sposób wiedząc, że gdy nie da sobie z czymś rady, może liczyć na Twoją pomoc. Bo tylko to prowadzi do budowania osobowości i charakteru. I prawdziwego, trwałego szczęścia.

.


Uważasz powyższy artykuł za wartościowy i chcesz widzieć na blogu więcej podobnych treści? Od teraz możesz „głosować” pod każdym tekstem symboliczną złotówką, klikając w świnkę obok.

Zebrane środki pomogą rozwinąć kanał YouTube i stworzyć cykl filmów pokazujących życie na Karaibach

Dołącz do naszej facebookowej grupy „Życie Pod Palmami” by śledzić bloga oraz poznać się i porozmawiać ze mną i z innymi czytelnikami.


O MNIE

Mam na imię Katarzyna, jestem architektem i od kilku lat mieszkam na Karaibach. O tym jak i dlaczego zmieniłam swoje życie dowiesz się ze strony „O MNIE” oraz z e-booka:

 

6 myśli nt. „Jak wychować szczęśliwe dziecko? Czego tak naprawdę potrzebują dzieci?”

  1. Jak wychować szczęśliwe dziecko? – odpowiem krótko:
    być szczęśliwym rodzicem.
    Dziecko potrzebuje reguł i jasnych zasad i musi czuć ze jest kochane. Bezgraniczna swoboda nie doprowadzi do niczego. Nie uwazam, zeby pozwalanie 6 latkowi na chodzenie po krawędzi przepaści było objawem troski o dziecko, raczej bezmyślności rodzica.
    Rodzic musi stawiać dziecku wymagania, na miarę mozliwości dziecka i w ten sposób uczyć go samodzielności. Czyli 3 latek powinien poradzić sobie z samodzielnym ubieraniem, 7 latka obierze ziemniaki i nie skaleczy się przy tym nozem a 18 latek nauczy się prowadzić auto. 6 latek potrafi zrozumiez konsekwencje chodzenia po krawędzi przepaści. W rzeczywistości stopniowe uczenie się jak radzić sobie w rzeczywistości daje dziecku poczucie satysfakcji, niekoniecznie wspinanie się po baobabie. zeby nie wychować kaleki zyciowej nalezy stopniowo poszerzać dziecku zakres odpowiedzialności – od małego. To się zaczyna od tego, zeby rocznego dziecka nie karmić łyzeczka. Ja 7 latkę posyłam samą do sklepu po zakupy, musi zrobić listę, odliczyć pieniądze, znaleć towar i umieć poprosić o pomoc, gdy trzeba coś zdjać z wyzszej półki. Dorosła wolność to w istocie odpowiedzialność – za siebie i innych a nie robienie wszystkiego co się chce. Do tego mamy wychować nasze dziecko. Jest to element składający się na szczęśliwe zycie – jeden z wielu.

    Lubię to

    1. „Nie uwazam, zeby pozwalanie 6 latkowi na chodzenie po krawędzi przepaści było objawem troski o dziecko, raczej bezmyślności rodzica.” – ja powiem tak: „Nie uważam, żeby nieufanie kilkuletniemu dziecku i jego instynktowi było objawem zdrowia psychicznego rodzica, raczej objawem jego braku i braku zaufania do siebie, natury i własnych instynktów” 😀

      Lubię to

  2. Moje przemyślenia:) Bardzo, bardzo się z tym zgadzam. Miałam szczęście, że na samym początku mojej drogi w roli mamy trafiłam na właściwe książki oraz całkowicie z mężem zaufaliśmy intuicji- teraz mamy owoce. P.s. Piękne zdjęcia:)

    Lubię to

  3. Tak, to prawda. Z czasem jeszcze powinno dołączyć się trzeci element – naukę systematyczności. To bardzo ważna umiejętność w późniejszym życiu.

    Lubię to

Twoje przemyślenia na ten temat?

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s