drzwi do morza

Jak wyemigrować, by nie żałować? Dlaczego warto „zamykać za sobą drzwi”?

Ten artykuł jest kontynuacją wpisu: „Ja nigdy nie mógłbym… – gdzie są limity naszych możliwości?”:


Dwa lata temu siedziałam w metrze pędzącym na lotnisko. Z biletem w jedną stronę. Słońce oświetlało miasto pierwszymi promykami. Wokoło powoli budziło się życie tego szalonego miasta…

„Czy jestem w stanie zostawić Berlin?” – zastanawiałam się… Czy jestem w stanie wyjechać w nieznane? Nauczyć się tego cholernego języka francuskiego? Znaleźć pracę? Żyć bez tych wszystkich wygód cywilizacji? I tego zgiełku i chaosu tego miasta, których tak „potrzebuję”?…

Ale te pytania nie wywoływały we mnie tylko strachu. Wtedy, tam, w tym pociągu po raz pierwszy od dłuższego czasu znów czułam, że żyję.

Siedziałam z wielkim uśmiechem na twarzy, którego pomimo dziwnych spojrzeń innych pasażerów nie potrafiłam powstrzymać. I obiecałam sobie wtedy, że nigdy nie zapomnę tego uczucia. Że będę go zawsze poszukiwać. Że to nie będzie tylko kilkumiesięczny wyjazd w nieznane…

Obiecałam sobie, że będę podążać za tym uczuciem przez resztę życia

zachód słońca nad morzem

To uczucie towarzyszyło mi już wcześniej, gdy odrzucałam stabilne posady, by podążać za czymś nowym, czego mogłam się nauczyć. Gdy rezygnowałam ze studiów za granicą. Z kariery architekta. Z wygodnego i wielkiego apartamentu

To samo uczucie zaprowadziło mnie tutaj, na Karaiby. Ku kolejnej przygodzie. Ku nowemu życiu. Życiu, które początkowo składało się wyłącznie z jednej, nierozpakowanej walizki i kawałka nadziei.

Ta nadzieja to właśnie to uczucie, które opisałam wyżej. I dziś wiem, że wiąże się ono z dosłowną i metaforyczną otwartą przestrzenią, a ta z kolei wiąże się nierozerwalnie z naturą. A konkretniej – z naszym kontaktem z naturą. Z dzikim, nieznanym. a więc i niebezpiecznym – światem zewnętrznym.

I nie bez powodu to uczucie ekscytacji i nadziei jest zawsze połączone z jednoczesnym uczuciem strachu.

Podróżowanie jest ekscytujące. Przygody, wolność, beztroska, słońce, morze… Radość z odkrywania nowych miejsc, poznawania nowych ludzi, nowych kultur…

Ale wtedy nie chciałam tylko podróżować. Chciałam też posiadać dom. Społeczność. Przyjaciół. I dzielić życie w stabilnym związku. I wszystkie te rzeczy miałam już w Berlinie (poza związkiem).

Ale w pakiecie z tymi rzeczami było też całe środowisko miasta, które mnie dusiło. Czułam się uwięziona, ograniczona i oderwana od mojej prawdziwej natury. I wiedziałam, że muszę się z tego wyrwać.

Ale wyrwać się gdzie? Do czego?

Pakowałam moją walizkę zadając sobie ciągle te pytania… Bałam się, że nigdy nie znajdę miejsca, które stanie się dla mnie domem. Bałam się, że przez te moje ciągłe dążenie do zmian stanę się wiecznym, zagubionym, wędrującym osobnikiem, nigdy nie zadowolonym ze swojego życia…

Bałam się, że nigdy nie stworzę stabilnego związku, bo nie potrafię usiedzieć dłużej w jednym miejscu… Że pewnego dnia obudzę się stara i samotna. A jako stuprocentowy życiowy ekstrawertyknienawidzę samotności i boję się jej najbardziej na świecie.

Ale pomimo tego strachu wiedziałam, że bez tego kroku, jaki podejmuję, tego losu na loterii, nigdy nie wygram swojego życia.

Piękno życia polega bowiem na tym, że to Ty je kreujesz. Ale aby stworzyć życie w pełni satysfakcjonujące i idealnie dostosowane do Ciebie – zawsze będziesz musiał zrezygnować z czegoś, co masz na rzecz czegoś, co możesz mieć.

Musisz zamknąć jedne drzwi, by inne mogły się przed Tobą otworzyć

zachód słońca łódka

Gdy kilka lat temu postanowiłam rzucić karierę architekta, by „zastanowić się, co tak naprawdę chcę robić w życiu” ludzie w moim otoczeniu nie kryli zdziwienia. Jak mogłam zostawić dobrze płatną posadę bez najmniejszego pomysłu na to, co będę dalej robić?

Nie potrafiłam im odpowiedzieć. Jedyne, co wiedziałam to to, że „miałam tego dość”. Że nie tak chciałam żyć.

I zrobienie tego kroku w nieznane wielce się opłaciło. Mimo tego, że wróciłam do architektury. Ale ostatecznie założyłam własną działalność i dziś pracuję na moich warunkach. Które przewidują między innymi kilka miesięcznych urlopów w roku i zero stresu w miejscu pracy…

Gdybym nie wykonała tego „szalonego” kroku wtedy dziś nie żyłabym w raju. I nie cieszyłabym się każdym dniem. Ale gdy wykonywałam podobny krok, decydując się na emigrację na nieznaną nikomu karaibską wyspę – nie zamknęłam do końca drzwi do mojego starego życia w Berlinie. Zostawiłam je lekko uchylone.

I nie miało tu znaczenia, że zostawiłam pracę i sprzedałam absolutnie wszystko. Mentalnie nigdy nie pożegnałam się z tym miejscem. W moim umyśle długo jeszcze znajdowały się elementy starego życia, z którymi nie umiałam lub nie chciałam się żegnać. 

Ta mentalna odmowa pożegnania się z czymś starym powoduje, że nie jesteśmy w stanie w pełni cieszyć się czymś nowym. W pełni z tego korzystać. Bo ciągle wracamy do tych drzwi, które zostawiliśmy lekko uchylone i zaglądamy, czy nasze stare życie nadal tam jest…

Nie chcemy zaakceptować faktu, że prędzej czy później to życie zniknie. Rozmyje się, przestanie istnieć. Tak samo jak przestanie istnieć nasze stare „ja”…

Do mojego berlińskiego życia zaglądałam jeszcze kilka razy po emigracji i za każdym razem powodowało to tylko rozczarowanie. Aż w pewnym momencie zorientowałam się, że to życie już nie istnieje. Że już go nie ma…

I pamiętam doskonale moment, kiedy to do mnie w końcu dotarło. Siedziałam w samolocie pełna tego niezrozumiałego dla mnie napięcia. Zastanawiałam się, co mi jest. I ni stąd, ni zowąd w moich słuchawkach pojawiła się jakaś piosenka, której tekst przypadkowo był rozwiązaniem mojej zagadki…

I zaczęłam płakać jak dziecko. Z moich oczu wylewało się dosłowne wiadro łez. Ludzie patrzyli na mnie w przerażeniu, ale ani trochę mnie to wtedy nie obchodziło… Po prostu siedziałam tam i płakałam przez pół podróży…

Zdałam sobie sprawę z tego, że jest już za późno. Moje stare życie odeszło, a razem z nim szansa na to, by pożegnać się z nim w odpowiedni sposób. Z szacunkiem i miłością, na jakie zasługiwało.

Za tymi uchylonymi drzwiami zostawiłam wszystkie swoje emocje z nim związane i obiecałam, że o nich nie zapomnę. Że będę do nich wracać…

I zapomniałam. I te emocje w końcu umarły. Chciałam uniknąć cierpienia związanego z rozstaniem i pożegnaniem. Nie tylko go nie uniknęłam – pojawiło się jeszcze większe cierpienie – w pakiecie z dodatkowym żalem.

Gdy podejmujesz ciężką decyzję i decydujesz się na poważny życiowy krok możesz oczywiście zostawić sobie te uchylone drzwi. Ale to nie tylko oszukiwanie samego siebie i swoich emocji. To również zagracanie sobie tej otwartej przestrzeni, której potrzebujesz, by w pełni eksplorować to, co nowe. 

zachód słońca

To zamykanie żywych, oddychających i w pełni potrzebnych nam emocji w klatce przeszłości. Dużo lepszą decyzją jest dać im przestrzeń. Pozwolić im przemówić. Poczuć w pełni cierpienie rozstania. 

I rozstać się z nimi – a tym samym z tym, co stare – w harmonii i szacunku. Bo to jest szacunek do samego siebie. Masz prawo być pogubiony. Masz prawo się bać. Ale masz też prawo podążać za tym uczuciem ekscytacji. Tym, które buduje prawdziwie szczęśliwe i satysfakcjonujące życie.

„Idziemy sobie przez życie, tak pewni, że wiemy dokąd zmierzamy. A potem nagle się w tym wszystkim gubimy. I to jest najlepsze, co może się nam przytrafić.

Bo czasem gdy się gubisz zdarza się to, co najwspanialsze w życiu…

Odnajdujesz siebie.”

Brad Paisley, „Find Yourself”


https://www.youtube.com/watch?v=ja_TuQzpFR0

.


Uważasz powyższy artykuł za wartościowy i chcesz widzieć na blogu więcej podobnych treści? Od teraz możesz „głosować” pod każdym tekstem symboliczną złotówką, klikając w świnkę obok.

Zebrane środki pomogą rozwinąć kanał YouTube i stworzyć cykl filmów pokazujących życie na Karaibach

Dołącz do naszej facebookowej grupy „Życie Pod Palmami” by śledzić bloga oraz poznać się i porozmawiać ze mną i z innymi czytelnikami.


O MNIE

Mam na imię Katarzyna, jestem architektem i od kilku lat mieszkam na Karaibach. O tym jak i dlaczego zmieniłam swoje życie dowiesz się ze strony „O MNIE” oraz z e-booka:

 

13 myśli nt. „Jak wyemigrować, by nie żałować? Dlaczego warto „zamykać za sobą drzwi”?”

  1. „Ja nigdy…” zauwazyłam,że mówią albo osoby przyklejone nie jako do miejsca gdzie sa, albo tym którym jest dobrze tak mówią…
    ekstrawertykiem jestem i ide wlasnytm szlakiem, wloczegi solo są ok dla mnie. Lubie to i tyle.

    Ann

    pozdrawia
    🙂

    Lubię to

  2. Jestem pod wielkim wrażeniem Twoich spostrzeżeń.Otwartości, głębi, mądrości, odwagi… Stara dusza … Gratuluję z całego serca! ❤

    Lubię to

  3. Doświadczyłam czegoś podobnego, a właściwie nadal tego doświadczam. Dzięki Twojemu artykułowi zaczynam rozumieć o co chodzi. Ja nie zmieniłam swojego miejsca zamieszkania, ale po cudownych latach bycie singlem zostałam mamą. Mimo miłości której doświadczam i całej plejady uczuć, bywa że myślę z nostalgią o swoim życiu bez zobowiązań. W ciężkich chwilach, kiedy moja dorosłość/ dojrzałość jest wystawiana na próbę, myślę o czasach łatwych, zabawowych i wówczas ta obecna chwila, wymagająca wzięcia na siebie odpowiedzialności staje się jeszcze trudniejsza, bo oglądam się za siebie i rozpamiętuję stare życie. Nie zamknęłam za sobą drzwi do przeszłości i to czyni moje życie trudniejszym.

    Lubię to

  4. Kolejny świetny wpis.
    Mam podobne przemyślenia czy nie wyjechać tak po prostu.
    Jestem właśnie za granicą wykonując pracę, która mnie już nie satysfakcjonuje i przynosi sporo stresu, ale jest dobrze płatna.
    Ludzie, którzy mnie otaczają, to nie „moje” środowisko.
    Trzyma mnie tylko pewien większy cel.
    Fajnie czytać te wszystkie wpisy i umacniać się w przekonaniu, że to jest jak najbardziej do zrobienia i że to będzie najprawdopodobniej dobra decyzja, jeśli kiedyś zostanie podjęta :).

    Lubię to

  5. Powiem ci ze choroby w najbliższej rodzinie bardzo zmieniają perspektywę.
    Teraz zamiast gdzies dalej probuje przenieść sie gdzies bliżej, a pewne marzenia musza pójść na kompromis. Nikt tego ode mnie nie wymaga, po prostu okazuje sie ze to jest wlasnie dla mnie najważniejsze 🙂
    Btw jak radzić sobie ze stresem którego nie da sie wyeliminować?

    Lubię to

    1. Polecam artykuł pt: „Paradoks „radzenia sobie” ze stresem” 🙂 To prawda – choroby bliskich są szokiem. A przecież zawsze powinniśmy pamiętać, że nie będą z nami na zawsze, czyż nie? Cieszyć się szanować wspólny czas jeszcze zanim ktoś się pochoruje -aby zrozumieć jego wartość – oto cały sekret.

      Lubię to

  6. Fajnie napisane! Przeszłam przez podobny „proces decyzyjny”, którego nie rozumiał nikt oprócz mnie 🙂 Wszyscy stukali się w głowę, a ja do dziś nie zapomnę uczucia, kiedy 5 lat życia ( w tym budowania stabilizacji zawodowej w obcym kraju ) zamknęłam w jednej walizce, z którą stałam pod swoim wymarzonym mieszkaniem, nie mając już do niego kluczy 🙂 Dziwna sprawa, nie miałam domu, pracy ani sprecyzowanego planu na jutro ale za to miałam dziwną pewność, że postępuję słusznie. Podjęcie takiej decyzji jest jak szczepionka z odwagi, po prostu wiesz, że już nic nigdy nie będzie w stanie Cię zniewolić. Ja również miałam dość architektury, ale dzisiaj wiem, że problem leżał raczej w sposobie pracy…tak więc czytam z otwartymi ustami o Twoich odczuciach, trochę jakbym czytała o sobie…pozdrawiam i życzę Ci powodzenia w kroczeniu własną drogą.

    Lubię to

Twoje przemyślenia na ten temat?

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s