„Dopiero w domu dotarło do mnie, co właśnie zrobiłem” – powrotny TRAVELview z Markiem Kramarczykiem

Inspirujące Historie to wywiady z podróżnikami, emigrantami i innymi interesującymi osobami, a także listy od czytelników bloga, którzy zmienili swoje życie. To historie, które inspirują i motywują do działania i spełniania marzeń – zarówno tych wielkich jak i tych małych.

Marka Kramarczyka nie trzeba przedstawiać – historię jego podróży na Karaiby prezentowałam nie tak dawno na blogu – biła ona rekordy popularności i udostępnień:
„RZUCAM WSZYSTKO W CHOLERĘ I JADĘ NA KARAIBY!” – TRAVELVIEW Z MARKIEM KRAMARCZYKIEM

Wówczas Marek przebywał na wyspie St. Martin, dziś jest z powrotem w Polsce. Przepłynął jachtostopem w sumie osiem tysięcy mil morskich, zwiedził dwanaście wysp, został żeglarzem i nauczył się więcej niż kiedykolwiek wcześniej. O tym, co przeżył i jak ta przygoda zmieniła na zawsze jego życie rozmawiamy dzisiaj:

Żegnasz Karaiby, wsiadasz na polski katamaran i z załogą przemierzasz Atlantyk – po raz drugi w życiu. Co czułeś, gdy schodziłeś na ląd na Gibraltarze, po całej tej szalonej przygodzie?

To jeszcze nie był koniec przygody. Jeśli coś zaczynam to lubię dokończyć. Mimo, że właściciel jachtu zaproponował wysłanie mnie do domu samolotem na jego koszt, to poprosiłem jedynie o bilet na prom do kontynentalnej części Włoch.

Stamtąd już autostopem wróciłem do domu. Zaliczając przy okazji dwie podwózki w policyjnych radiowozach, co jest marzeniem każdego autostopowicza. Już na Atlantyku czułem, że wyprawa dobiegała końca, ale dopiero w domu dotarło do mnie, co właśnie zrobiłem.

Pojawiła się wielka duma, bo zdołałem zrealizować marzenia i to nawet z nawiązką. Po prostu siadłem na kanapie i powiedziałem sobie: „Jezu! Udało mi się!”.

Szeroki uśmiech pojawia się na mojej twarzy, ilekroć wracają te niesamowite wspomnienia z ostatnich miesięcy. Dzieje się to bardzo często, więc kiedy idę ulicą z tym bananem na twarzy, to przechodnie patrzą na mnie jak na szaleńca. Jednak nic mnie to nie obchodzi.

Twój zaplanowany wcześniej pobyt na Sardynii ostatecznie nie wypalił z powodu spóźnienia – czy trudno było wracać do Polski? Czy może wracałeś z utęsknieniem?

Niestety przez kilkukrotne podarcie żagla oraz niefrasobliwość pewnego francuskiego żaglomistrza na Karaibach powrót do Europy trwał dwa miesiące zamiast planowanego jednego.

Nie mogę jednak z tego powodu narzekać. Takie przypadki są po prostu wpisane w życie na morzu. Sam powrót nie był trudny. Wiem, też że to dopiero początek wielkiej przygody.

Podczas powrotu przez Atlantyk pojawiło się całe mnóstwo pomysłów na kolejne wyprawy. I na nudę w życiu raczej nie będę narzekał. Nie wracałem z utęsknieniem. Za bardzo polubiłem życie, w którym nie masz pojęcia co przyniesie następny dzień. Dla mnie stabilizacja jest dobra może na miesiąc. Po upływie tego czasu już mnie „nosi” ku następnej przygodzie.

Trudnością było i szczerze mówiąc dalej jest powrót do świata absurdalnych i wyimaginowanych problemów. Gdy na środku oceanu podrą się żagle, to wstajesz i szyjesz dwa dni, aż nie skończysz. Potem płyniesz dalej. Jeśli nie ma żadnych awarii to wykorzystujesz czas wolny na relaks. Wszystko jest proste jak drut.

A tu? Przytoczę tylko jedną sytuację z dnia dzisiejszego: Byłem uczestnikiem szkolenia na poligonie strażackim w Gdynii. Grupa ok. 40 osobowa, jednorazowo zadanie wykonywały 2 osoby. Logiczne, że trzeba cierpliwie poczekać na swoją kolej. Jakież było moje zdziwienie, gdy ludzie zaczęli się kłócić o to, kto powinien pójść jako pierwszy, bo każdemu zależało na czasie…

Patrzyłem i nie wierzyłem. Widocznie za długo przebywałem wśród podróżników i żeglarzy, którzy na codzień zmagają się z trudnościami, więc nie szukają problemów tam, gdzie ich nie ma

Jak przyjęła Cię rodzina? Przyjaciele? Co się zmieniło w Twoich relacjach z ludźmi?

Oczywiście ucieszyli się i byli dumni. Niedowiarkowie przestali nimi być, a reszta gratulowała wyczynu. Jednak po dwóch tygodniach odwiedzania przyjaciół zdałem sobie sprawę, że powrót do normalności jest niemożliwy. Po prostu wypadłem z obiegu.

Spotkania były wielkim szokiem. Czułem się jakbym oglądał jakiś serial przez pięć sezonów, potem przegapił dwa kolejne i kontynuował od ósmego. Wysyp zaręczyn, ślubów i dzieci. O wszystkim dowiedziałem się w krótkim czasie i dalej nie mogę tego ogarnąć.

Mam wrażenie, że przed moim wyjazdem było mnóstwo wspólnych tematów do rozmowy. Teraz siedzę i słucham o kredytach, mieszkaniach i 500+… Nie bardzo wiem jak włączyć się do tych dyskusji, więc częściej przeglądam facebook’a oglądając zdjęcia ludzi, którzy wciąż siedzą na Karaibach.

Świetne spotkania zamieniły się w coś w rodzaju „posiadówy” po pierwszej komunii. Nie wiem czy dwudziestopięciolatek może tak mówić, ale to chyba po prostu znak czasu i różnica w stylu życia. Nie ma sensu z tym walczyć, tylko zaakceptować… i trzymać się z podróżnikami. Oni nie patrzą na mnie jak na gościa uciekającego przed życiem.

Przypomina mi się pewien cytat, który zobaczyłem na ścianie obskurnej toalety w Budapeszcie; “Podróżujemy nie po to, żeby uciec przed życiem, tylko żeby życie nie uciekło nam”…

A nowe przyjaźnie i znajomości? Podczas wyprawy poznałeś masę ludzi. 

Tych to przybyło całe mnóstwo. Generalnie w podróży bardzo szybko nawiązuje się bliskie relacje. Osoby żyjące w drodze dłuższy czas wiedzą, że czasem ma się tylko jeden dzień na poznanie kogoś interesującego.

Nie mówię już o pływaniu z kimś na jednym jachcie przez kilka tygodni, tak jak to było w wypadku Michała, z którym żeglowałem po Karaibach. Aktualnie on i jego brat goszczą mnie pod swym dachem podczas mojej wizyty w Trójmieście.

I podejrzewam, że spotkamy się jeszcze nie raz i nie dwa. Nowoczesna technologia, internet bardzo ułatwiają utrzymywanie tych znajomości pomimo ogromnych odległości. Można się nawet zaprzyjaźnić nigdy nie widzą drugiej osoby na oczy, tak jak ma to miejsce w przypadku znajomości z Tobą. Chociaż liczę, że uda nam się spotkać jak przyjedziesz do ojczyzny.

OK, musi paść też to głupie pytanie – rozważasz powrót na ścieżkę kariery, której wcześniej nie wybrałeś?

Bardzo dobrze znasz odpowiedź na to pytanie… Po tym, co przeżyłem nawet nie myślę o żadnej pracy na etacie.  Już nie patrzę na pieniądze jako cel w życiu. Jest to tylko jeden ze środków do ich osiągania, ale nie można zapominać, że są inne.

Jak pomyśle o znajomych pracujących po dziesięć godzin dziennie, którym starcza jedynie na utrzymanie to widzę, żę podjąłem słuszną decyzje…

Można argumentować, że warto się pomęczyć i zarabiać więcej za kilka lat. Mieć kasę na spełnianie marzeń. Do mnie to jednak nie trafia, nie ma żadnej gwarancji, że tak będzie. Pewnikiem jest, że minie kilka lat. Podczas tej podróży odkryłem, że to czas jest naszą najważniejszą walutą. I jeśli chcemy coś robić, to najlepiej zacząć już teraz.

Jakie więc są Twoje najbliższe plany, marzenia? Jak wyobrażasz sobie teraz swoją przyszłość?

Teraz czas zająć się rozwijaniem działalności podróżniczo – publicystycznej, z której to mam nadzieję w przyszłości móc się utrzymać. Prezentacje, promocja mojego bloga i sprzedaż atrykułów do magazynów podróżniczych – tak będzie wyglądała najbliższa przyszłość.

Nowe przyjaźnie otworzyły wiele drzwi do nowych wypraw i projektów. Jestem pewien, że będzie się działo, ale konkretów jeszcze nie znam. Będzie mnie to trochę więcej kosztowało, a potrzebne środki zamierzam zdobyć pracując i żeglując na jachtach.

Nie martwię się o przyszłość, ponieważ już wiem, co chcę robić. Nie znam jeszcze drogi, ale w oddali widzę szczyt, na który chciałbym wejść. Pieniądze się znajdą. Pieniądze to najmniejszy problem. 

Planujesz wrócić jeszcze na Karaiby? Jest coś “karaibskiego” za czym tęsknisz?

Jeśli wszystko będzie przebiegać po mojej myśli, to znajdę się na Karaibach już tej zimy. Liczę na tak szybki powrót bo tęsknię za wieloma rzeczami.

Za ciepłym i błękitnym morzem, rajskimi plażami czy cytrusami prosto z drzew… Za tymi momentami, gdy stojąc na szczycie wulkanu czekasz, aż chmury znikną na krótki moment by móc podziwiać widok na całą wyspę otoczoną błękitną wodą. Za tym niesamowitym poczuciem wolności, które daje morze, a właściwie jacht. Można pożeglować gdziekolwiek tylko się wymarzy…

Jest taka scena w Piratach z Karaibów gdy Jack Sparrow upity karaibskim rumem mówi, żę Czarna Perła to nie tylko kadłub i żagle. To wolność.” Teraz gdy zaznałem tego na Karaibach, doskonale rozumiem bełkot nonszalanckiego pirata…

Tęsknię też za tym beztroskim życiem, w którym nie słyszy się o tych wszystkich „problemach” cywilizowanego świata. Kto ma czas na te wszystkie Brexity czy coraz to nowsze afery na rodzimym podwórku?

Na Karaibach nie ma bombardowania ze wszystkich stron wiadomościami bez znaczenia. Życie płynie wolno i należy się temu poddać. Unosić się wraz z nim. Nie ma sytuacji, że coś ma być na jutro. Będzie to będzie. I należy to uszanować. Nie po to ludzie mieszkają na rajskich wyspach, żeby harować jak woły.

We wcześniejszym wywiadzie opowiadałeś, że gdy dostałeś propozycję pracy zaraz po studiach i stażu spędziłeś 2 noce rozmyślając co zrobić – wykorzystać tą niesamowitą szansę na karierę, czy podążać za szalonym marzeniem. Gdybyś teraz mógł cofnąć się w czasie do tego momentu i stanąć twarzą w twarz ze “starym” Markiem – co byś powiedział samemu sobie?

Powiedziałbym: “Tu nie ma nad czym się zastanawiać. Idź spać! Przecież nie będziesz zapierdzielał na czyjeś marzenia, jeśli w tym samym czasie możesz pożeglować na Karaiby i spełniać własne.”

Ostatnie dwa lata były niesamowite w moim życiu. Początek przygody z autostopem, ukończenie studiów i wreszcie podróż życia, bez planów i pieniędzy. Nawet gdybym miał możliwość zmienienia czegokolwiek z tego okresu, nie zmieniłbym nic!


Dokładną historię Marka i to, jak żeglowanie po Karaibach go zmieniło będziecie mogli usłyszeć podczas spotkania motywacyjnego „Jak odnaleźć swój raj” w Poznaniu. Póki co jego przygody można prześledzić na blogu:

www.StridersTales.com

 


Dołącz do naszej facebookowej grupy „Życie Pod Palmami” by śledzić bloga oraz poznać się i porozmawiać ze mną i z innymi czytelnikami.


O MNIE

Mam na imię Katarzyna, jestem architektem i od kilku lat mieszkam na Karaibach. O tym jak i dlaczego zmieniłam swoje życie dowiesz się ze strony „O MNIE” oraz z e-booka:

21 myśli nt. „„Dopiero w domu dotarło do mnie, co właśnie zrobiłem” – powrotny TRAVELview z Markiem Kramarczykiem”

        1. trochę krótkowzroczne – nie każdy chce żyć tak samo
          myślę, że ta odpowiedź jest niesprawiedliwa w stosunku do ludzi którzy mają inne marzenia np. marzą o rodzinie, dzieciach i nie chcą czekać aż stuknie im 30stka

          Lubię to

          1. Ale co ma jedno do drugiego? Po pierwsze pytanie nie brzmiało kto jak chce żyć, tylko gdzie są takie osoby jak Marek.

            Po drugie – to, że Marek żyje tak, a nie inaczej nie oznacza, że jak ktoś żyje inaczej to jest źle.

            Po trzecie – jeśli uważasz, że życie inaczej potrzebuje obrony to chyba Ty masz z tym problem, a nie Marek czy inni…

            Do przemyślenia.

            Lubię to

            1. Dokładnie. Chodziło mi o to gdzie są takie osoby jak Marek – pełne pasji, które realizują swoje marzenia a nie takie, które tyrają w korpo od 1go do 1go. Każdy żyje jak chce i nikt tu nie ocenia co jest lepsze, po prostu moje pytanie było inne niż Twoja odpowiedź Joanno.

              Lubię to

            2. Moja odpowiedź dotyczyła Twojej oceny ludzi którzy decydują się na wczesne rodzicielstwo Myślę, że mówienie o takich ludziach, że są nieodpowiedzialni jest niegrzeczne
              Nie uważam, że należy bronic jakikolwiek styl życia
              Uważam, że tamta twoja wypowiedź była nieładna, niemiła i tylko chciałam Ci na to zwrócić uwagę
              A co do twojego „po drugie”- właśnie Twoja wypowiedź świadczy o tym ,że albo uważasz że ktoś kto żyje inaczej źle robi (bo jest „nieodpowiedzialny”), albo niefortunnie tak to zabrzmiało

              Lubię to

          1. 25 lat to nie jest zbyt młody wiek… Każdy ma prawo żyć jak chce, rozumiem ,że każdy ma prawo mieć własne zdanie ,ale to niekulturalne oceniać ludzi w tym wieku jako nieodpowiedzialnych do wychowania dzieci. Bywa ,że czterdziestolatek nigdy nie będzie dojrzały do tego by mieć dzieci. 16latek ,18latek- tak -to nieodpowiedzialne.25latek ?Śmieszne.

            Lubię to

            1. 25 lat w kulturze zachodniej, w tym Polskiej dziś to po prostu dzieci. Ludzie są niedorozwinięci jeszcze w tym czasie, naiwni, pretensjonalni itd. Socjalizm robi swoje – większość nigdy nie dorasta.W normalnej kulturze to i 20 latek będzie gotowy na dziecko, w naszej, socjalistycznej, czy już dziś komunistycznej – niestety nie.

              Lubię to

                  1. Zgadzam się, że większość rodziców nie jest tak naprawdę do tej roli przygotowana. Natomiast tak jak dziewczyny powiedziały, wszystko zależy od osoby. Bardzo ważna jest kwestia wychowania, osobowości, środowiska i ludzie w wielu krajach (nie tylko w Polsce przez socjalizm) zaczynają bardzo późno dojrzewać. Wielki wpływ na to ma relacja ze swoimi rodzicami. Nieodpowiedzialnością jest urodzenie dziecka, kiedy nie jest się na to mentalnie przygotowanym, ale wiek nie ma tu żadnego znaczenia. Uwielbiam Twojego bloga i cieszę się, że robisz to, co kochasz. Natomiast uważam, że nie powinnaś patrzeć na całą ludzkość przez pryzmat swojego przypadku, swojego wieku mentalnego dojrzewania i swojego sposobu na szczęście. Z tego co mówisz, wydaje mi się, że jeszcze nie rozumiesz złotej myśli: „Ja jestem OK – Ty jesteś OK”.

                    Lubię to

                    1. Wg mnie wiek ma ogromne znaczenie, właśnie przez system, w którym żyjemy. Po prostu 25 letnie dzieci nie powinni rodzić dzieci. Zgodzę się, że znajdą się jakieś wyjątki od tej reguły, ale naprawdę sądzisz, że w takiej ilości, że nie można generalizować? Jeśli ktoś rzucił szkołę, zaczął pracować, ma doświadczenie życiowe – będzie dorosły i w wieku 18 lat. Ale znajdź mi proszę choć jedną taką osobę. Szkoła jest w naszym kraju przymusem. I to jest problem. Ja, jeśli będę mieć dzieci, to poza tym chorym i wyniszczającym systemem. Bo to jest kolejny element – w Polsce czy EU ogólnie jak rodzisz dziecko to to nie jest Twoje dziecko, tylko dziecko państwowe. Państwo za Ciebie decyduje, nakazuje, a jak się nie podoba – to odbiera. Albo w najlepszym przypadku nakłada na Ciebie kary. Niezrozumienie również tego prostego zagadnienia pogrąża wielu młodych rodziców.

                      Bycie rodzicem to poświęcenie siebie dla dziecka. A w naszym chorym, selfie-świecie naprawdę ciężko znaleźć osoby, który coś w sobie mają, bo żeby coś dziecku dać trzeba samemu coś mieć. Inaczej dziecko staje się zabawką w ręku rodzica – i tak niestety większość swoje dzieci postrzega. Przykre i przerażające jednocześnie.

                      Jak patrzę na rodzicielstwo w EU to nie wiem czy cieszyć się czy płakać, że mamy tak niski przyrost naturalny…

                      Lubię to

  1. Na przykładzie Marka widzimy, w jak nierealnym, schematycznym świecie żyjemy. Wszystko jest niemal pewne od urodzenia do śmierci – szkoła, praca, kredyty, rodzina, mieszkanie, dzieci… Po co? Chyba tylko po to, żeby narobić sobie realnych problemów?
    Dziś, chyba najbardziej, potrzeba ludzi, którzy swoimi wyborami pokazują, że można żyć inaczej, że mamy wybór, z którego warto skorzystać i ruszyć drogą mniej uczęszczaną.

    Lubię to

Twoje przemyślenia na ten temat?

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s