Co robię, by każdego dnia czuć się dobrze?

Autorką poniższego wpisu jest Krysia Roszak, którą poznaliście już przy okazji  Inspirujących Historii. Mam nadzieję, że jej myśl pomoże Wam zrozumieć prostą, choć niekiedy zaskakującą drogę do szczęścia. Drogę, która nie jest wyłożona złotymi monetami, a zupełnie innym budulcem…


Nie jest banałem stare przysłowie, że w zdrowym ciele zdrowy duch. Nie ma prostszej drogi do wyzwolenia umysłu i opanowania złych emocji, niż praca z ciałem. I wcale nie chodzi mi o trening na siłowni!

palmyWiem, jak wiele zależy od stanu mojego ciała. To ono jest machiną i bez sprawnych trybików nie osiągnęłabym nigdy poczucia jednorodnego szczęścia, błogości czy mentalnego spokoju. Nie pozwalam sobie go zaniedbywać, bo jest naszą świątynią, a ponadto ma nam służyć jeszcze przez wiele lat.

Patrzę czasem na moich polskich kolegów, którzy dbają bardziej o to, co leją do baku swojej super fury, niż o to co kładą na własnym talerzu. Nie rozumiem tego, złoszczę się na takie podejście, wciąż gniewa mnie ignorancja.

To chyba oczywiste, że ciało, które jest w stanie przebiec dystans maratoński ma dużo większe szanse być narzędziem czegoś wielkiego, niż ciało z oponą wokół talii i zapaleniami oskrzeli…

Masz prawo się ze mną nie zgodzić. To tylko moja, osobista filozofia. Ale to, że na swoje zdrowie mamy ogromny wpływ, to nie filozofia. To fakt.

Zawsze wierzyłam, że to umysł i dusza wpływają na ciało. Że choroby, problemy hormonalne, dermatologiczne, trawienne mogą brać się i często biorą z naszej sfery uczuć i emocji.

Jednak lata praktyki w pracy z niepełnosprawnymi intelektualnie i sensorycznie dziećmi sprawiły, że zmieniłam punkt widzenia o 180 stopni odkrywszy, że ten mechanizm działa – dużo częściej – w drugą stronę. Każdą tezę lubię testować na sobie, więc zmieniłam wszystko w swoim ciele i – stopniowo – w swoim życiu.

Dziś nie mam wątpliwości: dzięki pracy z ciałem, z naszą gospodarką hormonalną, dietą i przyzwyczajeniami możemy dowolnie wpływać na stan naszych emocji i stać się szczęśliwymi ludźmi.

Nie będę się tu zagłębiać w fizjologiczne mechanizmy, które rządzą naszym ciałem – nie mamy na to miejsca. Wystarczy zrozumieć, że mózg jest takim samym organem wewnętrznym jak wątroba czy płuco. Tyle, że nie kicha, nie kaszle, nie boli, nie powoduje refluksu. Mózg odpowiada emocjami. Złym stanem psychicznym. Złością, depresją, nerwicą, itp. Jeśli więc będziemy nasz mózg odpowiednio pielęgnować od czysto fizycznej strony – zaczną dziać się cuda.

Co takiego robię z moim ciałem ja, by mój umysł i dusza pracowały bez zarzutu?

Ogrzewam i doświetlam się

plaża

Moje ciało nie znosi zimna. Mam niskie tętno spoczynkowe i wolne krążenie, zimno zaś powoduje, że cały mój organizm trzęsie się i zużywa mnóstwo energii na ogrzewanie. Pojawia się płytszy oddech i reakcja stresowa.

Wybrałam zatem tryb życia, który pozwala mi spędzać większość roku w temperaturze powyżej 25 stopni. Jeśli zaś akurat odwiedzam Polskę lub wybieram się w wysokie góry, nie oszczędzam na naturalnym puchu gęsim, wełnie, stosuję ciepłe kompresy i termofory.

Ciepło jest mi potrzebne jak tlen, podobnie rzecz ma się ze światłem słonecznym: niedobory witaminy D, wysoki kortyzol i niedoczynność przysadki, trzustki i tarczycy to zmora Polaków żyjących w wiecznej „szarudze”.

Jeśli naprawdę nie możesz lub nie chcesz inaczej, to chociaż zaplanuj urlop w środku zimy i uciekaj tam, gdzie słońca nie brak. I odpuść sobie te słoneczne okulary, filtry i ciemne szyby: słońce jest twoim sprzymierzeńcem, nie wrogiem.

Biegam. Boso!

stopy

Najlepszym obuwiem jest brak obuwia. Przekonali mnie o tym sławni i tajemniczy Raramuri, z którymi przyszło mi pobiec w szaleńczym ultra maratonie w meksykańskim Kanionie Miedzi.

Dlaczego są tak doskonałymi biegaczami? W stopach znajduje się 72 tys. zakończeń nerwowych, które wedle założeń akupresury i refleksologii przewodzą bodźce pomiędzy nimi a wszystkimi organami wewnętrznymi ciała, łącznie z centralnym układem nerwowym i mózgiem.

Uwielbiam moment wejścia w „euforię biegacza”, zdwojoną, gdy dostarczam mojemu układowi nerwowemu dodatkowej stymulacji obwodowej. Gdy biegam na boso, moje stopy przezywają prawdziwy festiwal stymulacji końcówek nerwowych: ciężar całego ciała plus siła nacisku wywołana biegiem uciskają poszczególne partie i punkty na stopach, stymulując cały organizm.

Wiem, bo współpracuję ze znakomitą podolog, że kontuzje, płaskostopia, halluksy i wrastające paznokcie to bóle cywilizacji, która krępuje stopy butami. Rodzimy się bez butów i przez pierwszy rok życia praktycznie ich nie potrzebujemy.

Mam ten przywilej, że mogę pracować boso. Jeśli ty nie możesz, rób boso inne rzeczy. Biegaj, ćwicz jogę, chodź po trawie, po domu, do sklepu. Co z tego, że ktoś dziwnie popatrzy, a noga się pobrudzi? No powiedz, co z tego?

Pamiętam o naturalnym cyklu przyrody

przyroda

Nasze ciało zaprogramowane jest tak, jak natura. Rodzimy się w jakiejś strefie klimatycznej i jesteśmy doń genetycznie dostosowani. W świecie czterech pór roku wiosną wszystko budzi się do życia, latem w pełni rozkwita i jest płodne, aktywne; jesienią powoli zwalnia, by zimą uśpić się i przeczekać do wiosny.

A my? Jesienią do szkół i na uczelnie, zimą sesja, podsumowanie roku w firmach i świąteczne szaleństwo, wiosną lekki melanż, by wreszcie latem totalnie odpocząć. Dzieciaki dostają od tego odwróconego cyklu pomieszania z poplątaniem; my też.

Co gorsza, jemy importowane i mrożone produkty niezależnie od pory roku, wychładzając się zimą (cytrusy? W grudniu? Kto to wymyślił?), a latem rozgrzewając mięsem z grilla i alkoholem. Bałagan.

Co robić? Planować urlop zimą, jak już mówiłam. Odpuścić perfekcyjne Boże Narodzenie; zwolnić nieco, dać emocjom odsapnąć. Żywić się sezonowo, na przykład zgodnie z filozofią Pięciu Przemian, która niejednego wyciągnęła już ze skrajnego wyczerpania organizmu.

Obserwować swój cykl dobowy i spróbować go zaakceptować. Ja nauczyłam się wstawać ze wschodem słońca i witać je na świeżym powietrzu kilkoma jogicznymi pozami, a wieczorem kłaść się w miarę wcześnie. I nie brać do łóżka komputera ani telefonu…

Ćwiczę z umiarem

biegacz

Ale codziennie. Po trochu, tak by moje mięśnie pozostawały w lekkim stanie mobilizacji. Nie przetrenowuję się, nie ma mowy! Żadnych morderczych podbiegów, żadnych plam potu, urywanego oddechu. To zdarza mi się tylko na biegowych zawodach, a te z kolei niezbyt często.

Kocham jogę: synchronizuje mój oddech z ruchem, z napięciem mięśni. Czy wiecie, że nieodpowiednie napięcie mięśniowe (dla wielu z nas niewidoczny gołym okiem „wróg” towarzyszący nam od samego porodu) jest powodem problemów z nauką, z koncentracją, koordynacją,  postawą, no i przez to oczywiście z emocjami?

Elastyczność ciała to druga cecha pozwalająca nam dobrze się w nim czuć. A więc codziennie rozciągam kręgosłup i nogi, „otwieram” klatkę piersiową i barki, wzmacniam centrum (brzuch i grzbiet) oraz obwód (ramiona, łydki).

Jeśli narzekasz na brak czasu, dobrą wiadomością dla ciebie będzie to, że mój trening, który pozwala mi trzymać ciało w znakomitej formie, nie zajmuje dłużej niż 5 minut! Plank, pompki, brzuchy, kilka podciągnięć (nie mam drążka, podciągam się gdzie popadnie: na gałęzi, na futrynie, na schodach), kilka pozycji jogi. I już, wystarczy.

Po roku cierpliwej praktyki nie możesz już bez tego żyć, a jak patrzysz w lustro, to siebie nie poznajesz. Bo nie ma już dawnego ciebie z bólem kręgosłupa i nadwagą. Warto znaleźć te 5 minut dziennie…

Jem, by kontrolować pracę hormonów

roślina

Bez porządku w hormonach nie ma zdrowego mózgu. Nigdy. Przenigdy. Nie ma takiej fizycznej możliwości, by z chorą trzustką, tarczycą lub przysadką być człekiem w pełni szczęśliwym i spokojnym.

Hormony, jeśli zechcą, zrobią z nami co chcą. W idealnym świecie pozbawionym psychologicznego i fizycznego (chemia, toksyny, brak snu, trening, podła dieta) stresu może i byłoby tak, że całe życie hormony działają jak należy.

Ale nie działają i najprościej jest łykać jakieś tabletki, które mają nam sprawę uporządkować. Nie porządkują, powodując lawinę kolejnych zaburzeń. Dlatego ja z moimi problemami z niedoczynnością tarczycy radzę sobie trzymając wysokotłuszczową, niskowęglowodanową dietę. Zwę ją vegeo, bo ma dużo wspólnego z paleo, ale jednak jest bez mięsa ssaków.

Czerpię mnóstwo inspiracji z diety wegańskiej. Nie ma na moim talerzu miejsca na śmieci, konserwanty, cukier, barwniki, pszenicę, ani mleko krowy, ale wykluczyłam także takie drobiazgi jak orzeszki ziemnę, soję czy kofeinę (bo moja tarczyca o to prosi).

Czerpię energię z tłuszczu roślinnego (ukochane awokado, kokos, pestki i orzechy!) i dzikich ryb oraz owoców morza, których w mojej pracy mam pod dostatkiem.

Oczywiście, nie jestem religijną fanatyczką i zdarza mi się pójść na włoskie lody albo wyczyścić talerz po małżach kawałkiem bagietki. Ale rzadko. Bo bardziej „chce mi się zdrowia”, niż chleba czy słodyczy. Pocieszę was, że z czasem wchodzi to w krew i staje się naturalne.

Ufam tradycyjnej, starej medycynie

herbata

Od kilku lat nie choruję. Po prostu się nie przeziębiam, nie zatruwam, nie boli mnie brzuch ani głowa. Jak to możliwe, że mnie „diabli nie biorą”?

W zachodnim modelu świadomości zdrowia i choroby z zupełnie niewiadomej przyczyny przyjęło się uważać, że człowiek po prostu raz po raz choruje i wtedy musi położyć się do łóżka, przekasłać swoje, wziąć zwolnienie, a przedtem – wybrać do apteki i nabyć solidną dawkę substancji, o których działaniu zwykle nie ma pojęcia, ale ufa lekarzowi lub reklamie.

W przypadku spraw przewlekłych – cukrzycy, chorób tarczycy i depresji, czyli najczęstszych dziś chorób cywilizacyjnych – też sięgamy lekką ręką po tabletki i zażywamy je nie myśląc o tym, czym one naprawdę są. A leki nie leczą, a jedynie gaszą objawy. I zawsze powodują w naszym organizmie jakieś szkody. Takie „coś za coś”.

Moja odpowiedź to profilaktyka. Moim celem jest zdrowy organizm, leczony u podstaw, a nie objawowo. Podstawy profilaktyki są dwie: po pierwsze dieta: zasadotwórcza, wykluczająca nietolerowane produkty, probiotyczna. Po drugie: ruch.

Gdy mimo to nadchodzi osłabienie organizmu, nie sięgam po antybiotyki, tylko silnie działające substancje roślinne: dzikie oregano, czystek albo echinaceę. I od wielu lat nie położyła mnie do łóżka żadna choroba.

Kontroluję oddech

nurkowanie

Może to zabrzmi jak oklepany psychobełkot, ale techniki mindfulness naprawdę sprawdzają się w praktyce. Nie ma prostszego sposobu, by ową uważność ćwiczyć, niż skupienie na oddechu.

Gdy czytam, piszę, gotuję, myję pokład, biegam: myślę o swoim oddechu i celowo nim manewruję. Podstawą jest wydłużenie i pogłębianie wdechu i wydechu, i to właściwie tyle.

Większość z nas oddycha za płytko i za szybko, szczególnie w sytuacji stresu, a nań jesteśmy narażeni praktycznie nieustannie, prawda? Stoimy w tym cholernym korku, klient już czeka, terminy gonią, pięć telefonów do wykonania, dziecko ryczy, a my automatycznie wprowadzamy organizm w stan stresu fizjologicznego.

Takiego, który ewolucja zaplanowała na stany zagrożenia życia, konieczność ucieczki przed drapieżnikiem. Oddech przyspiesza, bo układ współczulny dostaje sygnał wprowadzania nas w stan mobilizacji, a komórki potrzebują tlenu (a także glukozy z wątroby – stres i cukrzyca bardzo, ale to bardzo często idą w parze!), więc całe ciało zamienia nam się w napiętą cięciwę łuku, a hormony szaleją.

Dobra wiadomość: da się nad tym zapanować! Nauczyłam się że „trzy głębokie wdechy” naprawdę mogą odwrócić ten niezdrowy kołowrót. Głębokie, powolne i spokojne, i nie trzy, a więcej.

Nie sprawimy oczywiście, że korek się rozładuje, a szef przestanie być godzillą. Ale nie zniszczymy sobie zdrowia. Zatem głęboko oddycham, do przepony, do trzewi, myśląc o tym jak powietrze powoli wypełnia każdą komórkę i z niej lekko uchodzi. Razem ze stresem.


Tędy prowadzi moja droga, droga przez ciało. Jedno, jedyne, które będzie naszym domem i świątynią, aż do samego końca. Pozwólmy mu się uczyć. Szanujmy je. Warto tą ścieżką podążać, choć pierwsze kroki zdawać mogą się dziwne, trudne lub egzaltowane (nie macie pojęcia, ile osób zarzuca mi „nawiedzenie”. Dopóki sami nie spróbują…).

Nasze ciała są potężną, silną maszyną, którą możemy lepiej odżywiać, lepiej naprawiać, lepiej zasilać. Sami nie zauważymy kiedy nasze życie po prostu zacznie nabywać jakiejś nieokreślonej, subiektywnej jakości. Życzę wam powodzenia na tej drodze!

O autorce:

Z wykształcenia psycholog i etnolog, z zamiłowania – nałogowa podróżniczka kulinarna i dietetyk. Z kuchni wychodzi tylko po to, by spakować plecak i ruszyć gdzieś w nieznane.

Z zamiłowania do naturalnej medycyny i biegów długodystansowych rozpoczęła fascynującą podróż przez świat w poszukiwaniu źródeł zdrowia, długowieczności i wytrzymałości. Nie stroni od filozofii i medycyny wschodu oraz alternatywnych metod terapii, łącząc je ze współczesną wiedzą o rozwoju psychosomatycznym człowieka.

W chwili, gdy czytasz te słowa, prawdopodobnie szuka leczniczych korzeni na zboczach wulkanu, lepi bezglutenowe pierogi lub zgłębia stare receptury Majów. Autorka wielu artykułów i felietonów; założycielka Runlimited  oraz projektu kulinarno-społecznego Omnomnom&Friends.

.


Dołącz do naszej facebookowej grupy „Życie Pod Palmami” by śledzić bloga oraz poznać się i porozmawiać ze mną i z innymi czytelnikami.


O MNIE

Mam na imię Katarzyna, jestem architektem i od kilku lat mieszkam na Karaibach. O tym jak i dlaczego zmieniłam swoje życie dowiesz się ze strony „O MNIE” oraz z e-booka:

 

11 myśli nt. „Co robię, by każdego dnia czuć się dobrze?”

  1. Czytalem w ksiazce do francuskiego – przyszedl chory do lekarza a lekarz mu zalecil godzine sportu codziennie ..czy u nas ktos wyszedl od lekarza bez recept? Na czesto sponsorowane leki?;)

    Lubię to

  2. Tarczyca jest zmorą większości kobiet z mojego otoczenia. I jeśli dietą i zdrowym trybem życia można ustabilizować gospodarkę hormonalną, to mam wrażenie, że nasi endokrynolodzy tego nie wiedzą, a tym bardziej nie wiedzą tego chore dziewczyny. Na szczęście są takie artykuły jak ten, które zapalają światełko nadziei. Ja również zmieniłam dietę i staram się zwolnić, żeby nie łykać tabletek do końca życia. Tak, jak piszesz – wchodzi w nawyk 😉

    Lubię to

    1. Współczesna medycyna nie tyle nie wie jak leczyć autoimmunologiczne choroby – co się wręcz cofnęła w tej kwestii. Artykuł o tym co mnie „wyleczyło” z Hashimoto jest w przygotowaniu, ale potrzebuję na niego jeszcze trochę czasu bo temat jest przeogromny i ogromnie ważny 🙂

      Lubię to

      1. Ejjj no – jeszcze Wiosenka 🙂 bo ja tu caly czas podbijam liczbę wejść w oczekiwaniu na ostatni artykuł z tej serii 😉
        Pozdrawiam

        Lubię to

  3. Generalnie się zgadzam; dotleniony organizm działa lepiej. Jak to mówią – w zdrowym ciele, zdrowe cielę.
    A nie, to nie tak. Raczej mówią: w zdrowym ciele, zdrowy duch.
    Śmiech też dobrze dotlenia. 😉

    Lubię to

  4. Super interesujące !!!
    Inspiruje mnie Pani ! Właśnie sie zastanawialam dlaczego ciągle czuje sie taka przygnębiona.. Na szczęście u nas slonca nie brak ! 🙂 Pozdrawiam bardzo słonecznie
    Ps: Ja również uwielbiam chodzić boso! 👣

    Lubię to

  5. Fajne, ciekawe i mądre podejście. Wiele z tych rzeczy poruszał Pan Jerzy Zięba, wczesniej pisał Michał Tombak, Pani dr. Kempisty i inni. Pozdrawiam 😉

    Lubię to

Twoje przemyślenia na ten temat?

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s