„Rzucam wszystko w cholerę i jadę na Karaiby!” – TRAVELview z Markiem Kramarczykiem

Marka Kramarczyka poznaję dzięki potędze internetu. Umawiamy się na Skype, choć dzieli nas raptem 200 km. Marek przebywa obecnie na Sint Maarten. W ciągu ostatniej połowy roku zwiedził też 5 innych Wysp Karaibskich. Mimo, że ma dopiero 24 lata…

 Jak to się stało, że dziś jesteś na Karaibach?

Martynika #1

W lipcu ubiegłego roku skończyłem studia, a wcześniej staż w jednej z krakowskich firm. Przed sobą miałem niespodziewaną szansę na dobrą pracę… Kiedy otrzymałem tą ofertę, byłem zszokowany. To była firma, od której chciałem rozpocząć poszukiwania, niezłe pieniądze i co ważniejsze, szansa na rozwój zawodowy. Nie spałem dwie noce zastanawiając się co mam zrobić..

Wcześniej, po doświadczeniach ze stażu, gdy mówiłem, że ta cała kariera i praca na etacie to nie dla mnie, że rzucam to wszystko w cholerę i jadę na Karaiby ludzie myśleli, że sobie żartuję. Że tylko tak gadam, jak każdy… Ale ja to mówiłem na serio. Podróż jachtostopem po Karaibach to było moje wielkie marzenie od dawna.  Zdecydowałem, że albo teraz, albo nigdy. Grzecznie podziękowałem za ofertę pracy i odmówiłem…

Przygotowywałeś się do tego wcześniej? Odkładałeś pieniądze? Ile wziąłeś ze sobą na start?

Gibraltar

Przy takich podróżach nie ma sensu planować, więc w głowie miałem tylko pomysł – przepłynąć na stopa ocean i dostać się na Karaiby.

Przeczytałem jedną książkę o jachtostopie i zapoznałem się z trasami oraz sezonami żeglarskimi, resztę informacji zdobyłem na kilku blogach podróżniczych, w ten sposób trafiłem m.in. na „Życie Pod Palmami”.

Dowiedziałem się, że najlepiej szukać jachtu na Karaiby w listopadzie na Wyspach Kanaryjskich, a żeby tam dopłynąć, trzeba pytać w marinach na Gibraltarze miesiąc wcześniej.

Co do finansów, to szczęśliwie udało mi się zachować środki ze stypendium, które otrzymałem jeszcze na pierwszym roku studiów. Budżet całej wyprawy wynosił tylko 1000$. Jednak nie miałem pojęcia na jaki czas to musi wystarczyć…

Miałeś wątpliwości? Przeczucie, że może źle robisz? Że ucieknie kariera, pieniądze, kredyt, dzieci, telewizor i takie tam…

Martynika #4

Serce podpowiadało, żeby ruszyć w tą podróż, natomiast rozum oczywiście przypominał o utraconej szansie na karierę w zawodzie, o tym, że znajomi mają pracę, zakładają firmy i rodziny. Mój sposób, żeby sobie z tym poradzić był prosty. Powiedziałem wszystkim wokół o moich karaibskich planach, wtedy rozum zmienił zdanie na: “Jedź, bo inaczej wyjdziesz na głupka.”

Jak wyglądał Twój początek z jachtostopem? Jak znalazłeś pierwszą załogę?

Dominika #3

To świetna historia. Chciałbym podkreślić, że wtedy nie miałem żadnego żeglarskiego doświadczenia. Nigdy w życiu nie byłem na żadnym jachcie.

Pojechałem autostopem na Gibraltar, a gdy w przedniej szybie pojawiła się słynna skała, nie miałem pojęcia jak w ogóle zagadać do żeglarzy, nie mówiąc już o dołączeniu do załogi…

Jak to zwykle w moich podróżach bywa, problemy rozwiązują się same. Wysiadłem z samochodu, a w tym samym czasie jeden z kapitanów wychodził z mariny. Widząc mój plecak podszedł do mnie i zapytał, czy przypadkiem nie jestem tutaj na stopa i nie szukam łodzi na Wyspy Kanaryjskie…

Giraltar

Nie mogłem uwierzyć w swoje szczęście, po pięciu minutach od przyjazdu dostałem zaproszenie na jacht! Nowozelandczyk Denys początkowo obawiał się o moją ewentualną chorobę morską, ale zaryzykował. Być może pomógł tu fakt, że jego żona nazywa się Bożena

W ten sposób zacząłem swoją przygodę z żelgarstwem i dotarłem na Lanzarote, brak jakichkolwiek problemów zdrowotnych na morzu utwierdził mnie w przekonaniu, że to się uda. Po sześciu dniach rozglądania się za nową łodzią, popłynałem z bardzo starym bułgarskim kapitanem, na jego domowej roboty jednokadłubowcu do Las Palmas, miejsca które śmiało można nazwać “Wylotówką na Karaiby”.

Tam, po dwóch tygodniach poszukiwań dostałem się na luksusowy katamaran pod polską banderą i to właśnie na nim przepłynąłem Atlantyk.

Co czułeś, gdy w końcu po długiej podróży przez ocean dobiliście do portu na Świętej Łucji? I jaka była pierwsza rzecz, jaką zrobiłeś na Karaibach?

BVI

Myślę, że czułem to, co każdy człowiek po pierwszym pokonaniu oceanu. To jedno z tych uczuć, których opisać się nie da, po prostu trzeba przeżyć…

Pierwszą rzeczą zrobioną na Karaibach  było… cóż, upicie się miejscowym rumem. Jak na prawdziwych wilków morskich przystało! Nasz rejs zbiegł się w czasie z ARC (Atlantic Rally for Cruisers), więc Święta Łucja była pełna innych żeglarzy. Atmosfera sprzyjała biesiadowaniu, portowe knajpy były świetnie przygotowane na gości. Kotwicę rzuciliśmy wieczorową porą, więc nie było innej opcji! 

Jak wyglądała dalsza podróż? Które wyspy zwiedziłeś i w jaki sposób? Która najbardziej Cię zachwyciła? A może jakaś negatywnie zaskoczyła?

Dominika #1

Po dwóch dniach na Świętej Łucji popłynęliśmy na Martynikę, zostałem na łodzi do Świąt Bożego Narodzenia i pomagałem ją przygotować do nadchodzącego czarteru. Nie miałem wtedy jeszcze żadnych planów – wszystko zmieniło się w wigilijny wieczór.

Zaprosiłem na niego Michała, jachtostopowicza poznanego jeszcze w Las Palmas. Jedząc świątecznego Rekina po Kaszubsku, powiedziałem mu, że jutro schodzę z jachtu i nie mam żadnych planów.

Tutaj chyba zaczyna się najlepszy fragment mojej historii: okazało się, że właściciele szwedzkiej łodzi, w której Michał pokonał Atlantyk wrócili do domu i nie mieli co z nią zrobić. Więc zostawili dwunastometrową Bavarię pod jego opieką… I tak właśnie załapałem się na podróż marzeń!

Następnego dnia zameldowałem się u nowego kapitana. Mogliśmy pożeglować gdziekolwiek chcieliśmy, a wszystkie koszty związane z konserwacją, naprawami i opłatami portowymi pokrywali Szwedzi. Przygarneliśmy jeszcze Milene i Bartka, dwoje innych polskich jachtostopowiczów i w czterosobowej załodze pożeglowaliśmy na Dominikę, póżniej wyspy Św. Wincenta i ponownie Św. Łucji.

Dominika #2

Po tych wydarzeniach znów wylądowałem na Martynice, skąd znów na stopa popłynąłem na Brytyjskie Wyspy Dziewicze. Po dwóch tygodniach żeglowania i nieciekawej przygodzie z miejscowym Urzędem Imigracyjnym, która pozbawiła mnie prawie wszystkich pieniędzy trafiłem na Sint Maarten, gdzie dorabiam sobie przed dalszą podróżą.

Z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że najlepszym miejscem na Karaibach i jednocześnie w jakim kiedykolwiek byłem jest dzika i wciąż dziewicza Dominika. Relacje z niej można zobaczyć na moim blogu: StridersTales.com.

Jeśli chodzi o te mniej pozytywne aspekty – podróżując jachtem Szwedów po Małych Antylach byliśmy przez miejscowych brani za bogaczy – co skutkowało tym, że często próbowano od nas wyłudzić pieniądze. Ciężko było wyjaśnić, że to nie nasz jacht i że jesteśmy tylko grupą jachtostopowiczów…

Obecnie zarabiasz, pracując na jachtach. Jak to się ma do życia i szansy na karierę, które zostawiłeś? Nie żałujesz?

Martynika #2

Tak właściwie to pracuje z przymusu bo wylądowałem z 50$ w kieszeni w kompletnie nowym miejscu, gdzie nie znałem nikogo, więc to raczej wynikło z potrzeby chwili.

Jednak po pół roku tej wciąż trwającej podróży wszedłem w środowisko żeglarskie, przy okazji odkrywając pracę na dużych jachtach jako świetny sposób łączenie podróżniczej pasji z zarabianiem i dodatkowo życiem bez strat. Do mojej przyszłości ma się to tak, ze do pracy w zawodzie raczej nie wrócę…

A czy żałuję? Zdecydowanie nie! Przeżyłem tyle magicznych chwil przez  ostatnie sześc miesięcy, że żadna typowa kariera nie ma najmniejszych szans się z nimi równać.

Jak w takim razie wyglądają Twoje plany na przyszłość? 

Atlantyk

Moje plany w tym momencie są bardzo krótkodystansowe. W kwietniu wyruszam ponownie przez Atlantyk na tym samym polskim katamaranie, na którym tutaj przypłynąłem.

Płyniemy przez Azory i Gibraltar zmierzając na Sardynię, gdzię spędze na pewno cały maj. Później nie mam pojęcia, wszystko „wyjdzie w praniu”, jak zawsze…

Polski porzucać nie chcę, ale na pewno nie będę szukał stabilnej posady. Świat jest za duży i zbyt piękny, żeby go nie zobaczyć, więc zdecydowanie moją przyszłość wiążę z podróżami.

Czy dostrzegasz zmiany w swojej osobowości po tym doświadczeniu?

katamaran

Oczywiście! To była, a właściwie wciąż jest niezła szkoła życia. Nigdy nie narzekałem na brak pewności siebie, ale teraz wzrosła ona jeszcze bardziej. Po prostu wiem, że już nie ma takiej sytuacji w której mógłbym sobie nie poradzić.

Drugą rzeczą jest podejście do pieniędzy. Wcześniej traktowałem je jako rzecz, którą trzeba zdobyć. Teraz wiem, że to tylko środek do celu i wcale nie jest konieczny. Najważniejsze to cieszyć się życiem i robić to na co ma się ochotę, a pieniądze zawsze da się znaleźć. 

Czy zmieniło się Twoje podejście do Polski i Polaków?

jacht

Przekonałem się, że polscy podróżnicy to najwięksi farciarze na świecie. Nie dość, że naprawdę masowo podróżujemy w iście przygodowym stylu, to jeszcze historia naszego kraju sprawiła, że rodacy są rozsiani po całym świecie.

Możemy przez to liczyć na pomoc gdziekolwiek byśmy nie pojawili, bo mimo, że w kraju Polak Polakowi wilkiem, to ci spotkani na krańcach świata nigdy nie zostawią w potrzebie. Nie wiem jak sytuacja ma się w naszych polonijnych ośrodkach w Londynie i Chicago, nie sprawdzałem.

Osób, które marzą o takich przygodach, jak Twoje jest wiele. Ale tylko niektórzy mają odwagę zrobić pierwszy krok ku nieznanemu. Co byś powiedział tym, którym tej odwagi nie starcza?

Brytyjskie Wyspy Dziewicze

Jako, że jestem wielkim fanem Władcy Pierścieni, to myślę, że cytat z twórczości Tolkiena się nada: “To ryzykowna sprawa, wychodzić za próg domu. Uważaj na nogi, bo nie wiadomo, dokąd cię poniosą.

Jeśli nie brzmi to dla was zachęcająco to się zastanówcie czy naprawdę chcecie zostać i nigdy nie dowiedzieć się, co mogło się wydarzyć, gdybyście mieli odwagę na ten pierwszy, najtrudniejszy krok…

Dokładną historię Marka można śledzić na blogu:

www.marekkramarczyk.com

.


Dołącz do naszej facebookowej grupy „Życie Pod Palmami” by śledzić bloga oraz poznać się i porozmawiać ze mną i z innymi czytelnikami.


O MNIE

Mam na imię Katarzyna, jestem architektem i od kilku lat mieszkam na Karaibach. O tym jak i dlaczego zmieniłam swoje życie dowiesz się ze strony „O MNIE” oraz z e-booka:

37 myśli nt. „„Rzucam wszystko w cholerę i jadę na Karaiby!” – TRAVELview z Markiem Kramarczykiem”

  1. Niesamowita historia. Podziwiam takich ludzi i cieszę się że są tacy, którzy potrafią się wyłamać ze społecznych schematów 🙂

    Polubienie

      1. Z nieznajomymi przepłynął pół świata, a Tobie nie wierzy? Niepojęte… 😀
        Jeżeli ma czas, to powinien. Ale jeśli cały czas coś się w jego życiu dzieje, to przecież nie ma kiedy 😀

        Polubienie

            1. Problem z książką jest taki, że to poważne przedsięwzięcie. Myśląc pragmatycznie jest to po prostu nieopłacalne w tym momencie. Raz, że ja dopiero się bawię w bloga, na chwilę obecną jest on typowo „z pod budki z piwem” i nie mam widowni, która by czekała w noc przed premierą w kilometrowej kolejce. Mógłbym szukać wydawcy, który zajmie się promocją, ale coś za coś; dostałbym jakąś małą kasę, no ale nie adekwatną do ogromu ewentualnej pracy nad książką. No i zostają terminy wydawcy, a ja nie chciałbym mieć kogoś poganiającego mnie za plecami jeśli to miało być dobre. Nazwijmy to melodią przyszłości.

              Polubienie

          1. Cudownie !!! Pozdrawiam serdecznie z deseszczowej Norwegii . Wlasnie tak siedze i dumam … Spakowac dzieciaka , meza , papuge, zostawic kanape w komisie i kariere i wypuscic nomada ze swojej duszy 🙂

            Polubienie

  2. Plan świetny, sam planuje na jesień podobną przygodę tylko raczej dolecę sobię samolotem i rozejrze się za pracą w charakterze nurka wiadomo na miejscu łatwiej niż przez internet się załatwia takie posadki : ) podrawiam!

    Polubienie

  3. Tak trzymac! Trzeba miec przed smiercia co wspominac. Ci, ktorzy mysla inaczej to niewolnicy. Kierat praca-dom-praca-dom niczym sie nie rozni od niewolnictwa, a jak trudno sie wyzwolic!

    Polubienie

  4. Co z ubezpieczeniem zdrowotnym?

    Czy brałeś pod uwagę co będzie jak ,,spadniesz z rowerka” na tym jachcie, albo nie daj Bóg stanie ci się coś poważniejszego, jakaś choroba która by wymagała hospitalizacji na miejscu bądź tranzytu do Polski?

    Biorąc pod uwagę Twój budżet pewnie coś takiego jak ubezpieczenie tam nie istniało a i wątpię że te podstawowe ubezpieczenia dadzą coś gdy nieszczęście stanie się na Karaibach na jachcie pożyczonym od Szweda, osobie która nie ma żadnych papierów na prowadzenie tegoż jachtu itp.

    Wtedy zapłacą za to rodzicie i rodzina którzy muszą w tej brzydkiej, smutnej i szarej Polsce ,,marnować” życie na etacie w korporacji czy innym kołchozie.

    Polubienie

    1. Korzystam z ubezpieczenia podróżniczego Euro26, jak większość niskobudżetowych obieżyświatów.
      A jeśli chodzi o papiery żeglarskie to je można sobie wsadzić w miejsce gdzie światło nie dochodzi. Liczy się doświadczenie i umiejętności, a tych Michałowi nie można odmówić. Pływałem z nim przez ponad miesiąc i jeśli się nadarzy okazja, chętnie popłynę znowu.
      Co do twoich czarnych myśli, to życie w Krakowie jest dużo bardziej niebezpieczne od podróżowania stopem i żeglarstwa. Mógłbym wpaść pod samochód, zginąć od ciosu maczetą, wpaść do Zakrzówka, nie wspomnę już o smogu, a mieście polskich królów powietrze się je.

      Jak pisuję Wojciech Cejrowski w swoich książkach „Na kogo wypadnie, na tego bęc.”

      Polubienie

    2. Heh, stary boisz sie zycia – luz, ale czemu chcesz swoj strach na innych przerzucac? Jesli ludzie poddaja sie strachowi, to najgorsza rzecz jaka moze sie wydarzyc, a wtedy i etaty i cale pieniadze swiata nie pomoga.

      Polubienie

      1. Jemu raczej chodziło o to, że nierozważność innych potem jest „opłacana” za tych rozważnych – i w tej kwestii ma dużo racji (choć nie dotyczy to Marka, bo jak napisał miał ubezpieczenie). Ale to jest problem systemu, a nie samych ludzi. Gdyby za leczenie z uzależnień, otyłości, etc płacił sam chory – problem raczej by nie istniał. Inna sprawa że to wymaga zupełnie inaczej zorganizowanego społeczeństwa, opartego na małych społecznościach.

        Polubienie

    1. Zależy na pokład, którego jachtu. Generalnie nie wydałem ani złotówki na noclegi, bo nie mieszczą się w moim budżecie. Spałem trochę w namiocie, kilka razy z bezdomnymi, którzy uratowali mnie od ulew na Kanarach, potem z hiszpańskimi studentami i od czasu do czasu na plażach.

      Polubienie

Skomentuj:

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s