Jak oszczędzać na jedzeniu? Piękno zakupów „bez Strat”

Zawsze jak pojawia się temat zdrowego jedzenia słyszę: „Ale rzeczy eko są takie drogie! Mnie na to nie stać!”. To tylko częściowa prawda – produkty BIO, itp. faktycznie są o wiele droższe. Ale już samo jedzenie – nie. Ono jest tak naprawdę o wiele, wiele tańsze. Szczególnie, jeśli połączymy je z filozofią „Zero Waste”, czyli „Życia bez Strat”.

Przede wszystkim prawdziwe, lokalne ekologiczne warzywa i owoce nie są nigdy droższe niż „supermarketowe” paczkowane produkty. Po pierwsze dlatego, że unikasz kosztów transportu, reklamy, opakowań, itp. Po drugie – bo kupując „eko” kupujesz rzeczy bogate w składniki odżywcze. Jedzenie supermarketowe nie ma smaku ani zapachu, jest prawie całkowicie pozbawione jakości. A jedzenie paczkowane to już kompletna katastrofa i same puste kalorie…

Własne „opakowania”

owoce warzywa

Pierwszym i niezwykle istotnym dla mnie elementem zakupów „bez Strat” jest naturalnie kupowanie bez opakowań. To oznacza, że kiedy wyruszam „na łowy” mam ze sobą wielką bawełnianą torbę, a w środku masę mniejszych woreczków i słoiczków na poszczególne rzeczy. 

Powiem szczerze, że gdy dawno temu wpadłam na ten pomysł czułam się dość niepewnie – dziwne spojrzenia kasjerek i innych kupujących. Ale nie przejmowałam się tym i „robiłam swoje” – w końcu używanie materiałowych toreb jest po prostu o niebo wygodniejsze (w Niemczech było dodatkowo poważnymi oszczędnościami – plastikowe torby były zawsze płatne). Dziś po prostu to uwielbiam. Dlaczego? Bo ludzi to ciekawi. Bo zwracają na to uwagę – szczególnie tu, na Karaibach. Bo widzę, że mnie naśladują i sami zjawiają się z masą materiałowych woreczków. I sami odkrywają, że kupowanie z własnym „zestawem” jest nie tylko wygodniejsze – pozwala również zaoszczędzić niemałe kwoty. No i ratuje nam środowisko…

Jakość, nie ilość

Odkąd zaopatrzam się w prawie same lokalne, świeże rzeczy z BIOgrodu – moja dieta bardzo się „skurczyła” – jem mniej, a czuję się nasycona – właśnie dlatego, że nawet małe ilości jedzenia naturalnie uprawianego nam wystarczają.

Kiedyś jadłam bardzo duże ilości mięsa – dziś nie czuję takiej potrzeby. Mięso, szczególnie czerwone, dobrej jakości – to prawdziwy „superfood”, kopalnia składników odżywczych. Ale odkąd jem lokalne, naturalnie uprawiane warzywa – moja konsumpcja mięsa spadła niemalże do zera. Ostatnio jadam je tylko 1-2 razy w miesiącu. To sprawia, że udaje mi się zaoszczędzić niebotyczne wręcz kwoty pieniędzy.

Bez reklamy

Kupując na targach, od rolników, czy w innych tego typu miejscach nie narażamy się na niszczący wpływ reklam. Codziennie jesteśmy nimi niemalże bombardowani – i czy tego chcemy, czy nie – ma to naprawdę wielki wpływ na nasze życie. Reklamy silnie dyktują to jak się zachowujemy i to, na co przeznaczamy pieniądze.

Kiedy idę kupić warzywa, to kupuję warzywa. Nie „przebojowe Bonduelle” czy inne „Pudliszki”. Po prostu warzywa. I biorę te, które akurat są dostępne w danym sezonie, a nie te, które „sprawią, że zupa na pewno się uda”, itd. Piękno zakupów bez reklam i marek sprawia, że zaczynasz zwracać uwagę na jakość – samemu decydujesz, które produkty wybrać i używasz do tego swojego instynktu. W ten sposób faktycznie interesujesz się tym, co nabywasz, a nie kierujesz ceną, marką czy jakimś hasłem typu „Najlepsze ogórki w Polsce”.

Pozwala to również dowiedzieć się wiele na temat jedzenia – możesz odkryć rzeczy, o których dotychczas nie miałeś nawet pojęcia. Gdybym nie kupowała na targach i w lokalnych ogrodach nigdy nie odkryłabym dziesiątek tropikalnych warzyw i owoców, które dostępne są tylko przez bardzo krótki okres i w małych ilościach. W takiej formie nigdy nie trafiają do supermarketów, bo jest to zwyczajnie nieopłacalne dla dużych handlowców.

Tyle, ile faktycznie Ci potrzeba

Kupując poza dużymi sklepami zwykle masz możliwość zakupu „luzem”. Oznacza to, że możesz samemu zdecydować jaka ilość danej rzeczy jest Ci potrzebna. Ile razy wyrzucałeś jedzenie, bo data ważności się przedawniła? Ile razy nie zdołałeś zjeść czy wypić wszystkiego, co było w danym opakowaniu? Wyrzucając te rzeczy do kosza wyrzucasz swoje własne pieniądze. Kupując „luzem” nie muszę płacić za pół kilo danego produktu, podczas gdy faktycznie potrzebuję tylko 100 gram. To niesamowite oszczędności!

Kupowanie „luzem” jest piękne również dlatego, że bardzo często można spróbować danej rzeczy. Gdy robiłam zakupy w Berlinie na tzw. „tureckim targu” sprzedawcy zawsze częstowali ludzi, próbując w ten sposób przekonać ich do zakupu. Nierzadko też, kupując w taki sposób dostajemy wiele „gratisowych” rzeczy – tutejszy lokalny sprzedawca zawsze obdarowuje mnie i innych rzeczami ze swojego ogrodu – ostatnio musieliśmy koniecznie spróbować jego nowej odmiany bananów.

To, co zdrowe

Kupując „luzem”, omijając supermarkety i jedzenie paczkowane automatycznie drastycznie redukujesz to, co niezdrowe w Twojej diecie. Po prostu – 90% tego, co paczkowane i reklamowane jest albo niesamowicie niskiej jakości, albo jest naszpikowane „chemią”. A najczęściej – i jedno i drugie.

Odkąd kupuję praktycznie tylko świeże i lokalne rzeczy – moja dieta polepszyła się jeszcze bardziej. Wcześniej już i tak jadłam bardzo zdrowo – ale nigdy nie zwróciłam uwagi, że lokalne świeże warzywa i owoce mają zupełnie inny smak, niż „sklepowe”. Nawet BIO. Fakt, że na Karaibach jest tu do takich rzeczy bardzo łatwy dostęp – ale w Europie znam ludzi, którzy nawet żyjąc w miastach zaopatrują się u rolników w fenomenalne, pyszne jedzenie.

Jeśli nadal uważasz, że „przesadzam” – wiedz, że co 2 tygodnie, ze znajomą przemierzamy ponad 150 km by dotrzeć na drugą część wyspy – do naszego ulubionego BIOgrodu. Ta podróż zajmuje nam za każdym razem cały poranek (w pracy pojawiam się wówczas koło 14:00) – ale ani razu nie pomyślałyśmy nawet, że nie warto. Po prostu smak tamtejszych warzyw i owoców zwala z nóg. Sałatki i potrawy nie wymagają nawet przypraw – tak pyszne jest naturalne jedzenie!

To się po prostu opłaca!

Odkąd kupuję prawie tylko „na wagę” i tylko lokalnie moje oszczędności wzbiły się na wyżyny, o jakich wcześniej nawet nie śmiałam pomarzyć. Oszczędzam ok. 500€ (2 tyś zł) miesięcznie na samym jedzeniu – tylko dlatego, że omijam rzeczy paczkowane i supermarkety!

Ale to nie wszystko – oszczędzam również czas i masę stresu (czekanie na kasie, bieganie po całym dużym sklepie w poszukiwaniu konkretnej rzeczy, itd) – mimo, że 2 razy w miesiącu tracę pół dnia na podróż do BIOgrodu – podsumowując cały czas poświęcony zakupom w miesiącu – okazuje się, że zajmuje mi on połowę tego, co kiedyś.

przyprawy

Ale najważniejsza rzecz, którą odkryłam dzięki zakupom „bez Strat” to to, że są one po prostu przyjemne. Stały się wydarzeniami, w których chcę uczestniczyć, rozmowami ze sprzedawcami, których znam, a nie anonimowymi pracownikami sklepów, czasem spędzonym z przyjaciółmi i odkrywaniem nowych smaków i potraw. Kupując „bez Strat” obcuję z jedzeniem w zupełnie nowy sposób.

.


Uważasz powyższy artykuł za wartościowy i chcesz widzieć na blogu więcej podobnych treści? Od teraz możesz „głosować” pod każdym tekstem symboliczną złotówką, klikając w świnkę obok.

Zebrane środki pomogą rozwinąć kanał YouTube i stworzyć cykl filmów pokazujących życie na Karaibach.

Dołącz do naszej facebookowej grupy „Życie Pod Palmami” by śledzić bloga oraz poznać się i porozmawiać ze mną i z innymi czytelnikami.


O MNIE

Mam na imię Katarzyna, jestem architektem i od kilku lat mieszkam na Karaibach. O tym jak i dlaczego zmieniłam swoje życie dowiesz się ze strony „O MNIE” oraz z e-booka:

 

17 myśli nt. „Jak oszczędzać na jedzeniu? Piękno zakupów „bez Strat””

  1. Mieszkam w Hiszpanii i też staram się kupować na lokalnych marketach. Wszystko – owoce morza, warzywa, owoce – nie dość, że lepiej na nich wyglądają, to jeszcze lepiej smakują. I tak, jak napisałaś – czuję, że jem „prawdziwe” jedzenie, a nie plastik. Co do opakowań, nigdy nie lubiłam nadmiaru steropianu (też mieszkałam w UK jak jedna z czytelniczek) i plastiku. Niedawno wróciłam z podróży po Azji… i jestem przerażona. Tam się zużywa takie ilości plastiku o jakich nie śnicie. Pakują wszystko. Nawet przy zakupie jednej małej wody dostaniemy plastikową torebkę. Gdy odmawiałam toreb i pakowałam rzeczy do plecaka, patrzyli się na mnie wszyscy zdziwieni, ale zauważyłam, że niektórzy turyści z zachodu też tak robili, więc może się nauczą… Co gorsza, w Azji nie ma recyklingu, to wszystko po prostu ląduje gdzieś na wysypisku, lub, co gorsza, w morzu (nurkowałam, widziałam:(). Jeśli my nie będziemy reagować i dbać o nasze środowisko, to obawiam się, że nikt inny o nie nie zadba.

    Polubienie

    1. Ja jestem obecnie w USA i też jestem przerażona. Do tej pory nie trafiliśmy na ANI JEDNĄ restaurację ( restaurację, nie fast food czy knajpę, prawdziwą restaurację!!!) która nie używałaby plastików… nawet sztućce dostaniemy plastikowe w wykwintnej knajpie… Zwracam im na to uwagę, też patrzą na mnie jak na debila. Jeden pan w bardzo drogiej restauracji typu BBQ tłumaczył się głupio, że „to taka tradycja z Texasu, że wszystko jest w papierowych i plastikowych pojemnikach zamiast talerzy”… No brak słów po prostu.

      Polubienie

  2. Naprawde super napisane! A skad wiesz ile czego kupic? Robisz sobie jakies rozpiski, jadlospisy? Bo jak zakupy sa co 2 tygodnie i to na drugim koncu wyspy to chyba musisz wiedziec co i ile kupic? ☺

    Polubienie

  3. To nie jest niestety takie proste… a przynajmniej w Polsce. Sprzedający swoje produkty na targach najczęściej dają do nich ogromne ilości chemii, sami dla siebie najczęściej mają osobne uprawy. Nawet na studiach (technologia żywności) badaliśmy różne warzywa z targów krakowskich, wychodził dramat. W supermarketach przynajmniej mają normy, których wymagają od dostawców. Wychodzi na to, że żeby jeść zdrowo trzeba samemu mieć ogródek…

    Polubienie

    1. Przykro słyszeć. Może nawet niekoniecznie w złej wierze – tu na Karaibach wiele osób używa chemii zupełnie nieświadomie, ludzie są po prostu „głupi” – słyszą że jakiś produkt jest bezpieczny i sprwia czary mary i kupują… Tym bardziej powinniśmy głośno domagać się naturalnych upraw i szukać takich rolników, którzy mają jak najmniejsze ogródki. Nawet minimalny, domowy wystarczy by wyżywić kilka rodzin – natura naprawdę jest potężna.

      Polubienie

  4. Takie podejście do pożywienia można poprawić już tylko w jeden sposób – postarać się o kawałek ziemi w mało zanieczyszczonym miejscu. 😉
    Ale nawet i doniczka może być pomocna w uzyskaniu dostępu do własnych ziół.

    Polubienie

  5. Niedawno przeprowadziłam się do UK i jestem przerażona tym co widzę – paczkowane jest wszysto!
    W niektórych sklepach trudno jest znaleźć np. brokuła luzem, a pod nosem ma się pociętego na kawałki i zapakowanego w folię i styropian. Bardzo popularne jest pakowanie wszystkiego w jednorazowe woreczki strunowe (kanapki, przekąski). Coś podobnego widziałam w USA i pamiętam jak wzbudziłam czyjeś zdziwienie, gdy zapytałam, czy nie lepiej pakować kanapki w produkt wielorazowego użytku…
    Zakupy owocowo warzywne staram się wykonywać zawsze na bazarach – niedaleko mojej dzielnicy jest taka bardziej „kolorowa” i zawsze w planie tygodnia mam uwzględniony wypad na zakupy, Nie dość, że wszystko jest lepsze jakościowo (największa różnicę czuję jedząc banany), to jeszcze mam okazję próbować nowości – przed chwilą pierwszy raz zjałam guavę 🙂 Oczywiście moje zachowanie konsumenckie jest jeszcze bardzo dalekie od ideału (nadal kupuję dużo produktów paczkowanych, jadam więcej produktów importowanych niż lokalnych…), ale małymi krokami chcę iść w kierunku dobrej zmiany!
    Dziękuję Ci za inspirację i konkretne porady!

    Polubienie

    1. I o to chodzi – by robić tyle, ile jesteśmy w stanie w danym momencie – jednocześnie dążąc do ciągłego polepszenia swej egzystencji. Świetne podejście. A w UK – domyślam się, nigdy nie byłam ale same złe rzeczy słyszę o tym kraju 😦 A Guava jak smakowała? Domyślam się że importowana nie może równać się z taką prosto z drzewa, ale to mój drugi ulubiony owoc- zaraz po Pomme Liane. Rosną nam przed drzwiami do biura 😀 Idę zobaczyć czy są jakieś dobre okazy…

      Polubienie

  6. Dzień dobry z Polski 🙂

    W bardzo przystępny sposób przekazana esencja, dlaczego warto zmienić nawyki i sposób myślenia o zakupach.

    Wraz z żoną od jakiegoś czasu mocno zwracamy uwagę na to co jemy, gdzie kupujemy i ile kupujemy.
    Podczas wizyt na Bio Bazarze w Warszawie zawsze pielęgnuję rozmowę ze sprzedającym.
    To taki rytuał, który daję dużo frajdy każdej ze stron.
    Ostatnio praktykuję to również w „markecie” i efekt jest zaskakujący.
    Ludzie wręcz tęsknią za interakcją i rozmową.
    Czasem wystarczy jedno słowo, a dzień takiego pracownika zmienia barwy.

    Wizyty w markecie jednak bardzo męczą, notoryczne kolejki, dojazdy, i wiele straconego czasu.
    Najwyższy czas, wprowadzić harmonogram tego cyklu,
    aby działo się to „bez strat”

    Świetne podejście traktujące jako wydarzenie 🙂 podróż go BioOgrodu.

    Mocno pozdrawiam,
    życząc zdrowia.

    Polubienie

    1. Dziękuję! Jest dokładnie tak jak mówisz – szczególnie w Polsce należy budować te relacje z innymi – Polacy są tacy ponurzy i gburowaci dla siebie na ulicach… Na Karaibach jest inaczej, ale mimo to np. w supermarketach jest anonimowo. Ja kupuje w nich tylko sery – jedyna rzecz jakiej nie znajdujesz gdzie indziej – i Panie sprzedawczynie już mnie znają („A to znów ta od słoików”) i z daleka rozpoznają i się śmieją na mój widok. Niezwykle przyjemne są takie zakupy.

      Polubienie

Skomentuj:

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s