Nie mam wyboru…

Było dwóch bliźniaków. Wyglądali tak samo, robili to samo i mówili zawsze to samo. Nie mieli łatwego dzieciństwa. Ich ojciec był alkoholikiem…

Pierwszy już jako nastolatek zaczął ciężko pracować, odkładał pieniądze, inwestował i uczył się na swoich błędach. Nigdy nie skończył szkoły. Znalazł podobnych sobie znajomych i założył firmę. Po jakimś czasie zaczął świetnie zarabiać – jego firma się rozrosła, zatrudnił pracowników. Dziś żyje naprawdę dobrze.

Drugi już jako nastolatek zaczął pić, kraść i mieć problemy z prawem. Nie uczył się na swoich błędach. Nigdy nie skończył szkoły. Znalazł podobnych sobie znajomych i pił z nimi regularnie. Po jakimś czasie zaczął poważnie chorować, jego długi urosły do gigantycznych wartości, stracił wszystko co miał. Dziś żyje naprawdę źle.

„Co się stało, że dziś jesteś tu, gdzie jesteś?” – spytano obu braci. „Nie miałem wyboru. Mój ojciec był alkoholikiem” – odpowiedzieli, jak zawsze, tak samo…

Powyższą historyjkę usłyszałam jakiś czas temu i zrobiła na mnie gigantyczne wrażenie. Daje bowiem wspaniały obraz tego, jak wiele zależy od naszego podejścia do życia.

„Ten, kto chce – szuka sposobu. Ten, kto nie chce – szuka powodu”

palma

Niedawno na blogu pojawił się komentarz typu: „Łatwo młodej osobie, gdy się ma trójkę dzieci jak ja, to zmiany nie są już możliwe”. Jest to idealny przykład podejścia drugiego „syna alkoholika”. Szukanie powodu. Tłumaczenie sobie i innym, że coś jest niemożliwe. Zapytałam więc o opinię znajomą, która nie tak dawno razem z dwójką dzieci wyjechała by zamieszkać w… Kostaryce. Czy czuła, że nie powinna tego robić, ze względu na dzieci? „Ja to zrobiłam właśnie dla moich dzieci!” – odparła. Mamy więc przykład postawy zupełnie odwrotnej – postawy pierwszego „syna alkoholika”. Tego, który szuka sposobu. Dla pierwszej mamy dzieci są powodem, by nic nie zmieniać, dla drugiej – powodem, by zmienić wszystko…

Tak naprawdę wszyscy jesteśmy „dziećmi alkoholików”. Każdy z nas wynosi z dzieciństwa jakieś trudy, jakieś męki, jakieś patologie. Nie żyjemy w świecie idealnym. Wbrew pozorom bogactwo, do którego tak usilnie dążymy, wcale nie gwarantuje, że problemów czy patologii będzie mniej. Wręcz przeciwnie – najczęściej to właśnie dzieci bogatych, sławnych, itp – mają najtrudniej, bo w świecie pieniędzy i fleszy podstawowe wartości bledną, albo są zupełnie nieobecne…

To prawda, że jedni mają gorzej, a inni lepiej. Nie rodzimy się równi. Ale wszystko sprowadza się do wykorzystywania tych możliwości, które mamy i nie tracenia czasu na myślenie o tym, czego nam brakuje. Tak jak w powyższym przykładzie dwóch braci, mających identyczny start – jeden wykorzystał to, co miał, a z zachowania ojca wyciągnął wnioski, drugi – zaprzepaścił swoje szanse, a zachowaniem ojca tłumaczył swoje porażki. Obydwoje do tego samego problemu podeszli zupełnie inaczej. Pierwszy wykorzystał go jako motywację do działania, drugi – jako wymówkę, by nic nie robić.

Niepodejmowanie decyzji też jest decyzją

drzewo morze

Niewykorzystywanie swoich możliwości i skupianie się na tym, czego nie mamy tak naprawdę też jest konkretną decyzją życiową. Decyzją by nie działać, nie próbować. Tłumaczenia i powody są tylko przykrywką tego, czego nie chcemy przyznać – że wybraliśmy tak, a nie inaczej. 

Niekoniecznie oznacza to samo w sobie coś złego – znam osoby, które nie chcą nic więcej niż spokojne życie w jakimś kąciku w Polsce. Którym naprawdę wystarcza to, co mają. Ale jeśli nie potrafisz otwarcie przyznać się do takich, a nie innych decyzji, jeśli ciągle szukasz powodów swojej bierności, jeśli nie jesteś szczery – nawet sam ze sobą – to prawdopodobnie oznacza to niezadowolenie i wstyd co do własnych decyzji.

Czasem wynika to z lęku. Czasem z niewiary we własne możliwości, której również nie chcemy pokazywać. Ale z moich obserwacji wynika, że najczęściej jest to:

Komfort, którego nie chcemy utracić

komfort

Wyobraź sobie, że ktoś podarowuje Ci fotel. Rozpakowujesz, składasz i stawiasz go w pokoju. I siedzisz w swoim pięknym, nowym, wygodnym, milusim fotelu. Jest Ci dobrze i bezpiecznie.

Ale w miarę użytkowania fotel zaczyna skrzypieć. Nie przeszkadza Ci to bardzo, więc nie zwracasz na to zbytnio uwagi. Po jakimś czasie fotel zaczyna się dodatkowo lekko chwiać. Przeszkadza Ci to już trochę bardziej, ale to jest Twoje ulubione, komfortowe miejsce, poza tym dostałeś go za darmo, a „darowanemu koniowi”… Więc wmawiasz sobie, że to nieważne. Mija jeszcze trochę czasu i fotel chwieje się coraz bardziej. Coraz trudniej jest Ci to ignorować, ale przyzwyczaiłeś się już do tego miejsca tak bardzo, że nie potrafisz go opuścić…

I tak tkwisz w swoim wygodnym fotelu, ignorując sygnały, że coś z nim „nie tak”. Aż w końcu fotel rozpada się, a ty uderzasz tyłkiem o podłogę.

Boli. Boli bardzo. Nie tylko tyłek. Również nagły brak ulubionego, komfortowego miejsca… Ale najbardziej boli przyznanie się do błędnych decyzji. Decyzji o ignorowaniu jasnych sygnałów, że Twój komfortowy, bezpieczny świat się chwieje i niebawem runie, przysparzając Ci dodatkowo niezły ból dupska.

„Jeśli chcesz prawdziwych zmian w życiu – krocz przez nie inaczej”

Calle 13 „La vuelta al mundo”

palma plaża

Zmiana swojego życia, czy ścieżki, którą podążamy wymaga nie tylko objęcia nowego kierunku i zaufania intuicji. Wymaga przede wszystkim zmierzenia się z własnym sobą. A to oznacza powrót do przeszłości, do wszystkich problemów, z którymi dorośliśmy. Oznacza wstanie z wygodnego fotela i przyjrzenie się temu co „jest z nim nie tak”. Wyszukanie tego, co powoduje, że życie nam się chwieje…

To powrót do wszystkich naszych lęków, naszych wątpliwości, naszych błędów i porażek. Bo dopóki do nich nie zajrzysz, dopóki ich nie zrozumiesz – nigdy nie przekujesz ich na lekcje życiowe i nigdy nie rozwiniesz swojej osobowości. A co za tym idzie – nigdy nie poznasz swojej prawdziwej siły i swoich prawdziwych możliwości. 

Nasza psychika to skomplikowany mechanizm. Nie da się tak po prostu „wyłączyć” emocji. Możesz próbować pozbyć się negatywnych doświadczeń i wspomnień, ale fizycznie niemożliwe jest ich zapomnienie. Nawet jeśli nie będziesz o nich myśleć, nawet jeśli od tego uciekniesz – Twoje ciało nadal będzie reagować w taki sam sposób jak teraz, co oznacza, że nadal będziesz popełniać te same błędy. Twój fotel będzie się wiecznie chwiał…

Jedyny sposób na to, by żyć inaczej to… żyć inaczej. Działać inaczej. Wypowiadać się inaczej. Myśleć inaczej. Po prostu inaczej iść przez życie.

kobieta plaża

Jeśli to co robisz przynosi Ci ciągle podobne, złe rezultaty – to może powinieneś robić coś innego? Jeśli Twoje decyzje prowadzą Cię w ciągłe tarapaty, nieszczęścia, albo nawet zwykłe niezadowolenie – to może powinieneś podejmować zupełnie inne decyzje? 

Niezależnie od sytuacji – każda porażka, każdy problem, każde nawet najmniejsze potknięcie się może być wspaniałą lekcją życiową, która zaprowadzi Cię do szczęścia. Ale żeby się nią stała – musisz przyznać się do swoich słabości. Musisz być szczery, przynajmniej przed samym sobą. Musisz zajrzeć w swoje wnętrze i dotrzeć do przyczyny problemu. Czasem oznacza to, że musisz wylać morze łez. Czasem, że musisz wypowiedzieć niewygodne, a może nawet straszne słowa. Czasem, że musisz zrobić coś, czego robić nie chcesz, lub bardzo się boisz. Ale bez tego nie pójdziesz dalej. Będziesz siedział w miejscu. W swoim wygodnym, chwiejącym się fotelu.

Pierwszy syn alkoholika nie odpychał od siebie bolesnych problemów. Nie uciekał – wręcz przeciwnie – mimo lęku i silnego dyskomfortu badał mechanizmy alkoholizmu, analizował swoją sytuację, szukał pomocy. Zrozumiał, że musi w życiu zachowywać się inaczej, niż ojciec. I dlatego robił wszystko inaczej. Zamiast siedzieć wygodnie w swoim chwiejącym się mocno fotelu – wstał, spojrzał na problem i zrozumiał, że musi sam zbudować swój własny, zupełnie inny fotel, bo ten prędzej czy później runie…

Drugi syn od swoich problemów uciekał. Nie analizował zachowania ojca, ani swojej sytuacji, bo powodowało to silnie negatywne uczucia. Mimo, iż rozumiał, że ojciec robi źle – sam od młodości powielał jego zachowania – kradł, pił, miał problemy z prawem. Nie próbował nawet szukać pomocy. Nie próbował zrozumieć ani decyzji ojca, ani swoich własnych. Został w swoim wygodnym fotelu i siedział w nim, wmawiając sobie, że mu dobrze, a chwianie i trzeszczenie mu nie przeszkadzają. Aż fotel w końcu runął z gigantycznym hukiem…

Nie miałam wyboru. Urodziłam się w Polsce.

plaża raj karaiby

Zarówno w Waszych komentarzach, jak i w ogólnej dyskusji na temat emigracji, ciągle przewija się temat naszego kraju. Według wielu wypowiedzi kraju podziałów, narzekania, słabych zarobków, braku kultury, bezpieczeństwa, perspektyw, itd, itp.

Jasne, że Polska nie jest idealnym miejscem na Ziemi. To kraj naprawdę poważnych problemów, którymi wszyscy przesiąkamy. Nie będę się tu rozpisywać w epitetach, sądzę, że fakt, że od dawna mieszkam poza granicami i władam biegle 5-ma językami, których nie nazywam już „obcymi” najlepiej świadczy o moich relacjach z ojczyzną…

Kiedyś ktoś napisał, że nie sądził, że życie na Karaibach jest możliwe dla kogoś z Polski. Z takimi przekonaniami wyrośliśmy. Wmówiono nam, że „mamy pecha”, bo nie zarabiamy jak Hans czy John. Bo język polski jest trudny. Bo pogoda, bo polityka, bo socjalizm, bo wielka płyta…

Pamiętam czasy, gdy ja i moi rówieśnicy wkraczaliśmy w dorosłe życie. Pamiętam jak obserwowałam zderzenie, swoje własne i innych, z rzeczywistością. Byliśmy tym młodym, wolnym pokoleniem. Innym pokoleniem. Pokoleniem gardzącym „komuną” i wszystkim z nią związanym. Pamiętam też jak zdałam sobie sprawę, że moi rówieśnicy zbyt szybko sami zaczynają nieświadomie powielać schematy i zachowania, których tak bardzo nienawidzili…

Ja postanowiłam wstać z wygodnego, bezpiecznego fotela. Zajrzeć w jego skrzypiącą konstrukcję i dostrzec to co było z nim „nie tak”. I zrozumiałam, że siedząc w tym komfortowym miejscu wkrótce stanę się kimś, kim nie chcę się stać. Że to życie za bardzo się chwieje i że po prostu mi nie odpowiada.

Zrozumiałam, że muszę wybrać inaczej. Decydować inaczej. Iść inaczej przez życie. I dlatego dzisiaj żyję zupełnie inaczej. Mieszkam w raju. I codziennie dziękuję nie tylko za możliwości, ale też za wszystkie porażki, błędy i problemy, jakie zafundowało mi życie. Bo to dzięki nim dziś jestem tu gdzie jestem. Dzięki nim „nie miałam wyboru”…

.


Uważasz powyższy artykuł za wartościowy i chcesz widzieć na blogu więcej podobnych treści? Od teraz możesz „głosować” pod każdym tekstem symboliczną złotówką, klikając w świnkę obok.

Zebrane środki pomogą rozwinąć kanał YouTube i stworzyć cykl filmów pokazujących życie na Karaibach.

Dołącz do naszej facebookowej grupy „Życie Pod Palmami” by śledzić bloga oraz poznać się i porozmawiać ze mną i z innymi czytelnikami.


O MNIE

Mam na imię Katarzyna, jestem architektem i od kilku lat mieszkam na Karaibach. O tym jak i dlaczego zmieniłam swoje życie dowiesz się ze strony „O MNIE” oraz z e-booka:

26 myśli nt. „Nie mam wyboru…”

  1. Swietny tekst! Zgadzam sie z kazdym slowem! My rowniez dokonalismy wyboru emigrujac na stale do Australii z dwojka malych dzieci, bylo wiele przeciwnosci a zdobycie wizy stalego pobytu wymagalo wielu wyrzeczen, przygotowan, egzaminow itp.. ale sie udalo i jestesmy przeszczesliwi, serdecznie pozdrawiamy z Sydney!

    Polubienie

  2. Tak…postawiłam inaczej niż większość…chciałam inaczej…próbowałam…i po 15 latach okazało się że jestem w totalnej dupie!!! jest inaczej,-ale dokładnie przeciwnie niż chciałam!jestem tu gdzie przed 15 latami tylko że starsza i ze znacznie mniejszymi możliwościami! jestem bardzo niezadowolona jak moje życie wygląda i chciałbym je zmienić.No właśnie…wydaje mi się że musi to być znacznie głębsza zmiana…totalna zmiana podejścia do życia… ale próby ogarnięcia tematu,psychoterapia,etc.plus najprawdopodobniej jakieś zapisy w podświadomości etc wciąż nie przynoszą skutku!Kręcę się w kółko…tracę energię na wieczne poszukiwania…ale tylko zasadam się głębiej…brak mi wiary i ufności we wszechświat.Jak dokonać dogłębnej przemiany i obrania dobrej drogi na życie???

    Polubienie

  3. bt1000,
    już tłumaczę 🙂 Studia przerwałam już po miesiącu i to nie dlatego, że wybrany kierunek był nietrafiony (była to informatyka). Nie poszłabym na coś, co mnie nie interesuje. Wybierając się na studia już wiedziałam, że będę traktować je podrzędnie, ale wychodziłam z założenia, że mogę sprawdzić, czy jest to coś dla mnie wartościowego, po drodze realizując inne swoje cele. Nie zrezygnowałam dlatego, że mi się odwidziało (choć i w tym nie widzę wcale nic takiego złego – lepiej późno niż wcale), a dlatego, że już po miesiącu zauważyłam, że nie chcę dawać się gnoić przez kolejne 3-5 lat życia, że więcej zdziałam sama, więcej się sama nauczę itp. Już na spotkaniach organizacyjnych jakiś tam przewodniczący samorządu powiedział, że jeśli chcemy zdać, to lepiej chodzić przy profesorach ze spuszczoną głową, przyjmować wszystkie ich wymysły z uśmiechem i w ogóle jeszcze najlepiej całować ich po tyłkach. To oczywiście było żartobliwe, ale już zdałam sobie sprawę, że nie mam zamiaru 5 lat obracać się w towarzystwie „typowych studenciaków”, którzy tylko szczycą się chodzeniem codziennie na piwko itp., ani tolerować wykładowców, którzy (zgodnie z zasłyszanymi opowieści) rozrzucają prace na biurku i oblewają te, które z niego spadły. Albo w ogóle ich nie sprawdzają, tylko wszystkim stawiają 2 i patrzą na nią ją dopiero wtedy, gdy ktoś przyjdzie się awanturować. To po prostu od początku nie sprawiało mi żadnej frajdy, ale skąd miałabym się tego dowiedzieć, gdybym nie spróbowała?
    Oczywiście też wiem, że nie musiałabym być taka jak wszyscy studenci, a i nie wszyscy są tacy, jakich nazwałam „typowymi”. Tu bardziej chodzi o tę całą organizację, bezkarnych wykładowców itp… To po prostu nie dla mnie 🙂
    Na tym zakończę, bo coś się ostatnio rozgaduję.
    Pozdrawiam serdecznie! 😀

    Polubienie

    1. Zgodzę się że lepiej nawet jak wiemy że „nie dla nas coś” dać temu szanse. Ja przez studia przeszłam robiąc burdy, trzaskając drzwiami, wyśmiewając większość tego całego bałaganu i co? I się udało i tak. Też można. Do dziś nie wiem czy dobrze że mam ten dyplom… Nigdy ani razu w życiu nie był mi potrzebny. Z drugiej strony za 80lat może się okazać że jest bardzo potrzebny jak w wieku 110 lat wpadnę na pomysł żeby nauczac na uniwersytecie:D Więc popełniajmy błędy, im więcej tym lepiej! 🙂

      Polubienie

  4. Ogolnie mi chodzilo o to, ze wdg posta i owej Przypowiastki Ktorej Nie Wolno Brac Doslownie -sa (upraszczajac) dwie kategorie ludzi – ci walczacy i wygrywajacy i ci bierni przegrywajacy (caly czas upraszczam) Tez tak myslalam, i w zwiazku z tym; ze moje zycie jest pasmem dosc dramatycznych wydarzen i sukcesu zamierzonego nie osiagnelam, sadzilam ze jestem wlasnie beznadziejnym egzemplarzem z tej drugiej kategorii. Tzn myslalam, ze skoro nic sie nie uklada po mojej mysli to logicznie jest to wina moich bledow i zlych wyborow. Gdy juz w koncu wyladowalam u psy i z tymi wszystkimi moimi ‚dlaczego wszystko zawsze sie nie udaje mimo ze tak bardzo sie staralam’ , on po prostu
    powiedzial : ma Pani ogromnego pecha. I ze oprocz tych bialych i czarnych „kategorii” sa jeszcze inne posrednie – np te ofiar slepego losu 🙂

    Polubienie

    1. A to jak najbardziej – dużo zależī od nas, ale wiele również od otoczenia, możliwości, etc. To jest iloczyn obu. Jak ktoś będzie w tej kategorii synów alkoholików, którzy szukają wymówki, to nawet z największymi możliwościami nic nie zrobi. Jak ktoś do tego drugiego typu – to będzie działał całe życie, choćby we wszystkim ponosił porażki. Sukces to bardzo ambiwalentne pojęcie. Nie można go określać jako osiągnięcie celów. Wtedy np ja musiałabym uznać moje życie za pasmo porażek, bo żadnego ze swoich celów nie osiągnęłam tak naprawdę – nie zostałam architektem z karierą, itp. Cele to jedno, a szczęście i sukces życiowy to drugie. Wmawia nam się że sukces to zdobywanie szczytów, ale wg mnie sukces dla każdego jest czymś innym i jest ich wiele. Mój to po porostu pokonywanie swoich słabości. Każdy powinien szukać swojej definicji i swojego szczęścia.

      Polubienie

    2. To prawda, że są wydarzenia, na które nie mamy wpływu, lecz zwalanie wszystkiego na pech, to tylko wygodna wymówka.
      Podświadomie przyciągamy sytuacje, których się boimy, ponieważ wkładamy w myślenie o nich mnóstwo emocji. A skoro tak dużo energii im poświęcamy, to podświadomość myśli, że są dla nas ważne i stara się je przyciągnąć.
      Warto się przyjrzeć, co zasilamy energią i jak się to później materializuje w życiu. A potem wyciągnąć wnioski i zacząć to zmieniać.
      Warto też nie angażować się w realizację nieswoich celów, bo to męczy i nie daje żadnej satysfakcji w przypadku realizacji.
      Podsumowując, najpierw trzeba dogadać się ze sobą. 😉

      Polubienie

  5. No więc o tym właśnie ostatnio PiSałem; Polsce i Polakom przede wszystkim – potrzebne jest właśnie kompletne rozpie**** fotela, bo ten co mają – do niczego sie już nie nadaje ;P

    Polubione przez 1 osoba

  6. Niestety mam inne doswiadczenia, wedlug mnie w zyciu glownie o wszystkim decyduje slepy los.
    Co do przykladu z bracmi blizniakami,niezbyt mnie przekonuje, gdyz tego typu sytuacja mogla by miec wytlumaczenie bardzo inne i smutne. Zespol znikajacego blizniaka i zespol podkradania-przetaczania zazwyczaj objawia sie smiercia jednego z blizniat (tak bylo w przypadku mojej ciazy), ale jest wiele przypadkow, ze dziecko mimo wszystko przezyje. Ogolnie polega to na tym,ze jedno z blizniat bierze kontrole nad lozyskiem.To dziecko bedzie silniejsze, drugie bedzie miec nizsza wage urodzeniowa,liczne niedotlenienia,uszkodzenia mozgu, czesto porazenie mozgowe i inne konsekwencje, ktorych przyczyna moga byc klopoty w nauce, nizsze QI i wiele zaburzen innych. Takze bliznieta nie zawsze maja taki sam start.

    Polubienie

    1. Tej opowiastki nie można brać aż tak dosłownie. 😉
      Chodziło w niej o to, że ludzie stojący przed życiowymi wyborami, dokonują skrajnie różnych decyzji, tłumacząc je w identyczny sposób.
      w przypadku moim i mojego brata (nie jesteśmy bliźniakami), można powiedzieć, że opowieść sprawdza się w dwóch trzecich. A to dlatego, iż w życiu rzadko coś jest czarne lub białe. w życiu występuje cała gama odcieni szarości i człowiek nie zawsze jest w stanie się w tym połapać.

      Polubione przez 2 ludzi

    2. Anna – to jest przypowiastka, a nie prawdziwa historia, i należy ją jako taką rozumieć. Ma ilustrować pewną zasadę. Nikt nigdy nie będzie identyczny w tym świecie, to jest fizycznie niemożliwe. Ludzi, którzy odnoszą sukcesy cechuje zawsze jedna wspólna rzecz – mają za sobą masę porażek, do których potrafią się przyznać. Ludzi, którzy nigdy nic nie osiągają cechuje również jedna wspólna rzecz – nie potrafią przyznać się do najmniejszego swojego błędu, każde potknięcie to dla nich koniec wszelkich szans na cokolwiek. Nawet błędy i problemy innych biorą do siebie. Przynajmniej z moich obserwacji tak wynika.

      Polubienie

      1. Najczęściej takie osoby popełniają bardzo niewiele błędów, albo nie popełniają ich wcale, bo nic nie robią. Za bardzo się boją – szukają powodów, a nie okazji. Sęk w tym, że takie „niedziałanie” powoduje nawarstwianie się problemów i przez to ci ludzie jeszcze bardziej wycofują się z życia, poddając się bez walki.

        Polubione przez 1 osoba

      2. Zaproponowałem mojej mamie, żeby przyjechała do mnie na święta (ja pracuje cały czas, w swięta też i nie mogę przyjechać do kraju, zresztą nawet nie chcę). Jest na emeryturze, nie ma nic lepszego do roboty. Mówię; bierz psa, bierz siostrę (ona przyjedzie z Norwegii z kolei), samochód masz, ja ci zapłacę za paliwo – i przyjeżdżajcie na święta, dodatkowo zwiedzisz sobie trochę Francję. I zaczęło sie szukanie powodów żeby NIE przyjechać. Moja odpowiedź była prosta; mamo – ja do Ciebie nie dzwonię, po to żebyś mi wymyślała wymówki żeby nie przyjechać. Ja Ci składam propozycję – a co z nią zrobisz, to jest Twoja sprawa. Tylko że Ty nawet sekundy się nie zastanowiłaś, tylko od razu odpowiedziałaś „nie, bo…”.
        I takie właśnie podejscie ma 99% ludzi. Ja, gdy się tylko pojawia jakiś „problem” to instynktownie szukam sposobu jak go wykorzystać. Nie ma problemów – są tylko możliwości. Podobnie – gdy mnie ktoś prosi o pomoc – moja pierwsza odruchowa odpowiedź brzmi „jasne…”. Czasem dopiero po chwili do mnie dociera „o kurde, to będzie trudne, muszę zrobić to, to i to, mogłem się wymigać”. Dlatego tak bardzo nie pasuje mi mentalność typowego Polaka – który poproszony o pomoc – odruchowo odpowie „NIE”. Jakoś za granicą mniej dostrzegam takie zjawisko. Ale my to chyba wysysamy z mlekiem matki, bo Polak mieszkający za granicą (nawet długo) – też odpowie „nie”…

        Polubienie

  7. Piękny wpis. Ja mam dopiero 19 lat. Gdy miałam 18 czekałam, aż ukończę liceum, bo chciałam zaraz po maturze wyjechać na Brytyjskie Wyspy Dziewicze – tak sobie wtedy wymarzyłam, a od najmłodszych lat Karaiby były dla mnie takim wymarzonym celem. Nie wiedziałam wtedy, że akurat na wybranej przeze mnie wyspie jest potrzebne pozwolenie o pracę itp. Szperałam po wszystkich portalach i znajdowałam różne oferty, gdzie mogłabym przyjechać na kilka miesięcy i mieszkać za darmo w zamian za np. pomoc w ogrodzie, domu, na farmie.
    Równo rok temu, czyli kilka miesięcy przed maturą stało się jednak tak, że zakochałam się straszliwie (ze wzajemnością :-)) i… chwilowo zapomniałam o swoich planach. Poszliśmy razem na studia do innego miasta i już po miesiącu z nich zrezygnowaliśmy, bo oboje czuliśmy, że to po prostu „nie jest to”. Mnie znowu coraz częściej w myślach nawiedzały Karaiby i miłością do nich zaraziłam ukochanego 😀 I wtedy, ponownie szukając informacji już na poważnie (bo wcześniej nie zwróciłam uwagi na prawo itp… :P), trafiłam na Twojego bloga! Chyba nie muszę zaznaczać, że znalazłam tu istną kopalnię potrzebnych i ciekawych informacji?:-) Zdałam sobie też sprawę, że moje marzenie nie jest wcale aż takie niemożliwe do spełnienia. Przeczytałam obydwa e-booki, uczę się francuskiego, chłopak pracuje i… za dwa miesiące planujemy wyjazd na Gwadelupę!
    Napisałam ten długi komentarz, bo ostatnio zaczęłam się troszkę udzielać, więc postanowiłam też opisać moją sytuację i podziękować Ci za prowadzenie bloga 🙂
    Serdeczne pozdrowienia i być może do zobaczenia kiedyś na jednej z tych pięknych karaibskich plaż!

    Polubione przez 1 osoba

    1. Mnie to w takich historiach zawsze zastanawia „co Wami ludzie kieruje, gdy idziecie na studia, które później przerywacie bo Was nie interesują. To ile czasu Wam zajęło podjęcie decyzji o tych studiach? Na światłach między żółtym a czerwonym to przemyśleliście? Między kupą a spuszczeniem wody?”
      Mam też bardzo dobrego kumpla który skończył rehabilitację, obronił się z dobrym wynikiem z dość oryginalnego tematu, który sobie sam wybrał (żadne tam dyżurne tematy zlecane przez promotora) i … nie pracuje w tym zawodzie, bo … go to nie interesuje (!?)
      – No ale jak to?
      – „już na czwartym roku wiedziałem że mnie to nie interesuje”
      – Really? JUŻ NA CZWARTYM? A wcześniej to co? Przez 3 lata za przeproszeniem waliłeś gruchę i myślałeś że całe życie tak wygląda?
      Nic nie odpowiedział…

      Polubienie

      1. Rozwiązanie jest proste na to – studia płatne – i po problemie. Ale zaraz się zrobią głosy że dyplom się każdemu należy tak samo. Dyplom tak, praca i szczęście – tego się nie dostanie nawet od najbardziej socjalistycznego państwa. To trzeba sobie wystrugać samemu.

        Polubione przez 1 osoba

Skomentuj:

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s